piątek, 21 lipca 2017

Rozdział 16

            W domu jest zupełnie cicho i pusto, jakby absolutnie nikt nie przebywał w nim w chwili, gdy wychodzę z kominka w salonie. Rozglądam się dokoła, otrzepując marynarkę z nieprzyjemnego pyłu, który zawsze towarzyszy podróżowaniu siecią Fiuu i po kilku sekundach braku jakichkolwiek zmian, ruszam przed siebie.
            Ktoś musi tu przecież być.
            Roztaczający się dokoła mrok skutecznie utrudnia mi poruszanie się po kolejnych pomieszczeniach, dlatego macham lekko różdżką i już w kolejnej chwili potężne żyrandole na suficie świecą jasnym blaskiem. Dostrzegam, że większość mebli i sprzętów w domu pokrywa spora warstwa kurzu, jakby nikt tu nie mieszkał już od dawna i nie użytkował niczego. Jakby nikogo nie było.
            Tylko ja.
            Po cholerę Snape mnie tu przysłał?, zaczynam zastanawiać się, gdy równie opustoszała jak salon i jadalnia, jest kuchnia i korytarze prowadzące do lochów.
            — Mamo? — wołam w pewnym momencie, już po chwili żałując wypowiedzianych słów, bo dają złudną nadzieję, że ona tu jest, że w końcu ją zobaczę.
            Staję coraz bardziej poirytowany na podeście schodów prowadzących na piętro. Sam nie wiem, dlaczego chcę udać się do swojego pokoju, skoro dwór jest zupełnie opustoszały i na pewno nie zostanę tu ani chwili dłużej. Za dużo znienawidzonych wspomnień, zbyt wiele miejsc, przedmiotów przypominających o nim.  
            I gdy już mam zamiar wykonać pierwszy krok ku górze, słyszę cichutkie stąpanie po kamiennej posadzce. Potem leniwe pisknięcie.
            — Panicz Malfoy! — Odwracam się natychmiast i moim oczom ukazuje się podekscytowana Maxine. Ręce zaciska w piąstki i wyciąga w moją stronę, jakby chciała w ten dziwaczny sposób powitać mnie z powrotem w domu. — Nareszcie!
— Dlaczego tu jestem, Maxine? — rzucam szorstko w jej stronę, a skrzatka obdarza mnie niepewnym uśmiechem i milknie na moment, wbijając wzrok w podłogę. Miętosi w dłoniach krańce postrzępionej szaty, potem unosi chude ręce ku górze i poprawia różową kokardę, która znowu zdobi czubek łysawej głowy.
— Pani Malfoy prosiła…
— Mama tu jest? — przerywam jej natychmiast i zbliżam się do skrzatki w ekspresowym tempie. — Gdzie? Gdzie na mnie czeka?
— Maxine… — jąka się przez chwilę, ale ja nie daję jej wiele czasu do namysłu. Chwytam jej wątłe ciało i unoszę nieco ku górze. Nie mam ani chwili do stracenia.
— Mów! Gdzie ona jest? — Przyszpilam ją nieostrożnie do ściany i wbijam wzrok w wielkie, przerażone skrzacie oczy.
— Pani Malfoy czeka na panicza w swojej sypialni — szepcze, wijąc się nieudolnie, jakby chciała wydostać się z pułapki, ale jednocześnie tkwiła w niej z własnej woli.
Nie słucham już więcej, upuszczam skrzatkę na podłogę i czym prędzej biegnę po schodach na samą górę.
Jest, naprawdę tu jest, powtarzam jak mantrę i zatrzymuję się dopiero pod drzwiami jej sypialni, a serce bije mi jak oszalałe.
Waham się tylko przez moment. Potem naciskam klamkę.
W pokoju jest ciemno i okrutnie duszno. I gdyby nie cichy, równomierny oddech, znów odniósłbym wrażenie, że nikogo w nim nie ma.
Lumos — szepczę.
Lampka na ścianie oświetla delikatnym blaskiem niewielkie pomieszczenie.
— Draco? — słyszę cichutki szept od strony łóżka. Potem głośne kaszlnięcie.
Narcyza Malfoy podnosi się ostrożnie na rękach i próbuje oprzeć zmęczone ciało o zagłówek, ale zadanie to jest ponad jej siły. Nim zdążę zareagować, osuwa się na nowo i jej głowa znów opada na poduszkę.
— Mamo… mamo, to ja. Już jestem.
Siadam przy niej na skraju łóżka i nie mogę uwierzyć własnym oczom. Błagam, by był to tylko okrutny koszmar i chcę się z niego wybudzić. Już, teraz, dłużej tego nie zniosę. Ciało mamy jest nadzwyczaj blade i wychudzone, jakby nie jadła od wielu dni i tyle samo tkwiła w łóżku bez sił. Nie mam pojęcia, co musiało wydarzyć się przez kilka ostatnich miesięcy, ale nie spodziewałem się, że może być aż tak źle.
— Draco, nareszcie — chrypie cichutko, jakby każde wypowiadane słowo stanowiło dla niej potężną katorgę. Podkrążone oczy, spierzchnięte usta i zapadnięte policzki dopełniają tragicznego obrazu, który się przede mną rozgrywa.
— Mamo, wszystko będzie dobrze, wiesz? — mówię prędko, kładąc rękę na jej szczupłej dłoni i ściskając ją leciutko. Musi wiedzieć, że tu jestem. Że zawsze będę.
Skina delikatnie głową i mam wrażenie, że w pewnym momencie leciutki uśmiech przeszywa jej usta. Potem przymyka oczy i na nowo równomierny oddech to jedyne, co słyszę w pomieszczeniu.
Zasnęła. Okrywam ją szczelniej kołdrą, potem ponownie siadam na krańcu łóżka i wpatruję się w wycieńczoną postać mamy, a okrutne poczucie winy rozrywa mnie od środka na drobne kawałeczki.
— Przepraszam. Tak bardzo przepraszam.
I tak tkwię bezsilny aż do rana.

***


Budzi mnie ostrożne szturchnięcie w ramię, potem czuję jak ktoś delikatnie gładzi moje włosy. Natychmiast prostuję się i przecieram zaspane oczy, oddychając z ulgą, gdy świadomość pobytu w domu, z mamą, staje się prawdą, a nie kolejnym urojeniem.
Naprawdę tu jestem.
— Draco, tak dobrze, że w końcu jesteś — mówi mama, głaszcząc mnie delikatnie po głowie.
Wygląda już znacznie lepiej niż wieczorem, ale wciąż nie mogę uwierzyć, że ostatnie wydarzenia doprowadziły ją do takiego stanu. Myśli, że mogłem temu zapobiec, cały czas huczą w mojej głowie i nie dają mi spokoju. Jeśli on traktował mamę tak, jak mnie w ubiegłe wakacje, każdego kolejnego dnia tortur i nauki posłuszeństwa w lochach naszego dworu, nie daruję. Po prostu nie daruję.
Potem wiem, że nie zrobię nic. Za słaby, zbyt nieważny w obliczu jego wielkości.
— To on? — pytam cicho, jakby wypowiedzenie tego pytania obarczone było jakąś potężną klątwą. Jakby on wszystko słyszał, wiedział. Jakby był tuż obok nawet teraz, gdy jesteśmy tylko w dwoje.
Mama nie odpowiada. Uśmiecha się tylko leciutko i ściska moją dłoń. Potem porusza się żwawo w łóżku, odsuwa kołdrę i stawia bose stopy na podłodze. Dopiero teraz widać, że okropnie schudła i postarzała się o dobre kilka lat w zaledwie kilka miesięcy.
— Chodźmy na śniadanie, Draco — mówi i otula się szczelnie szlafrokiem.
— Mamo…
— Maxine na pewno przygotuje coś, co lubisz. — Mama nie daje za wygraną i wiem, że w tej chwili nie wyciągnę od niej nic więcej.
— Będę za dziesięć minut — oznajmiam i ruszam za nią. Kroki mamy są wolne, ale pewne, jakby chciała udowodnić mi, że nie jest z nią aż tak źle jak się wydaje. — Muszę tylko wziąć prysznic.
Odprowadzam ją jeszcze wzrokiem i spoglądam z bolącym sercem jak powoli pokonuje każdy stopień, jak musi trzymać się barierki, by nie upaść i jak mocno nie chce mojej pomocy.
Kiedy znika mi z oczu i do moich uszu docierają jej niewyraźne słowa, którymi zapewne wydaje polecenia skrzatom w kuchni, zamykam się w swoim pokoju i opadam na łóżko, kryjąc twarz w dłoniach.
Nie może być aż tak źle, powtarzam sobie, ale nie przynosi to pożądanego efektu. Wiem, że zostało mi niewiele czasu.

Przy śniadaniu panuje zupełna cisza i tylko stukanie sztućców o talerze odbija się echem po zaciemnionej jadalni. Nikt nie pofatygował się, by odsłonić zasłony, chociaż i tak niewiele by to dało. Rodzice postarali się, by cały dwór stwarzał atmosferę mroku i tajemniczości, ich zdaniem tak majestatycznej i bogatej, moim zdaniem odrzucającej i przyprawiającej o potężne mdłości.
Dom nie jest już domem i zaczynam zastanawiać się, co tak naprawdę nim jest. Boję się, że nic. Że nie ma na tym świecie żadnego miejsca, w którym mógłbym chociaż przez chwilę poczuć się bezpiecznie. Nawet przebywając przed chwilą we własnym pokoju, we własnej łazience, czułem się jak gość, obcy w zupełnie obcym środowisku.
I tak też jest teraz, gdy razem z mamą próbujemy dokończyć śniadanie, ale ja nie mogę dłużej czekać.
— Mamo, powiesz mi w końcu wszystko? — pytam zniecierpliwiony i wpatruję się w nią bez chwili przerwy.
Ona nie przerywa jedzenia, nawet nie podnosi na mnie wzroku.
— Czy to on doprowadził cię do takiego stanu? Mamo!
— Draco… to naprawdę nic.
— Chryste, mamo! — Widelec upada z głośnym brzękiem na talerz. — Dobrze wiesz, że nie jestem już dzieckiem i możesz mi wszystko powiedzieć. Nie ochronisz mnie przed nim chociaż byś chciała, bo nikt, powtarzam, nikt nie jest w stanie tego zrobić. I chyba lepiej żebym wiedział do czego jest teraz zdolny i jak mocno zdesperowany, że doprowadza cię do takiego stanu… — W pewnym momencie głos mi się załamuje i spoglądam na nią błagalnie.
Czuję jak każdy kęs spożytego śniadania zalega mi teraz potężnie i wiem, że więcej już nie przełknę. Odsuwam swój talerz na środek stołu i opieram się łokciami o blat. Chcę chwycić jej drżącą dłoń, ale nagle mama zabiera ręce ze stołu i opiera się o krzesło, wzdychając głośno.
Wiem, że wewnątrz niej rozgrywa się właśnie potężna batalia myśli, ale nie mogę tak po prostu pozwolić jej milczeć i przeżywać na nowo tej katorgi, której ofiarą była przez ostatni czas. Nigdy więcej.
— Mamo, bez tego sobie nie poradzimy — mówię spokojnie, chociaż niezwykle trudno jest mi właśnie w tej chwili opanować emocje. — Muszę wiedzieć, co tak naprawdę się dzieje. Inaczej nie dam rady tego zrobić… sama wiesz, że nie mogę zawieść, nie tym razem…
— On jest naprawdę zły, Draco — przerywa mi cichutko i w końcu podnosi głowę. Oczy mamy wypełnia pustka, nie ma w nich żadnych uczuć, nic, jakby siedział przede mną wyzuty z emocji manekin. — Za to, co się stało z twoim ojcem. Za to, że Lucjusz i reszta tak po prostu dali się złapać, kiedy byli naprawdę potrzebni. I na razie nic nie da się z tym zrobić, Draco. Musimy po prostu przeczekać.
— Nie! Nie możesz…
Kręci niespokojnie głową.
— Masz inne rzeczy na głowie, Draco. Masz teraz ważniejszy problem, z którym musisz sobie poradzić, więc to zostaw mnie. I tacie. — Wzdrygam się na samo wspomnienie ojca, ale nie daję tego po sobie poznać. — Poradzimy sobie z tym wszystkim. Widzisz, że jest już lepiej.
Prycham głośno, czym wzbudzam u matki wyraźne zbulwersowanie. Nie mogę jednak tak zwyczajnie dać sobie wmówić, że jest tak jak powinno.
Bo nie jest. Zdecydowanie nie jest.
— Gdzie się ukrywałaś przez te wszystkie miesiące? — Pytam w końcu, zmieniając nieco temat. — Po tej całej aferze z aresztowaniem?
— Bella zabrała mnie do swojego mieszkania i się mną zajęła. Przynajmniej zniknęłyśmy z widoku nieodpowiednim ludziom i przeczekałam tam najgorszy czas.
— Przez te wszystkie miesiące byłaś w Irlandii?
— Mhm. A kiedy w końcu mogłam wrócić, na nowo przeniosłyśmy się tutaj. Nasz dwór będzie teraz stale potrzebny, Draco. Dlatego…
—…wolałabyś, żeby mnie tu nie było. I że mam wracać do Hogwartu.
Skina głową, a ja nawet nie próbuję się kłócić. Wiem, ze to bez sensu, a powrót do szkoły jest nieunikniony. To, co zobaczyłem w domu upewnia mnie tylko, że czas ucieka tak prędko, że nie mam go już prawie w ogóle.
I mama też nie ma go za wiele.
— On będzie tu dzisiaj? — pytam. — Czarny Pan znowu się pojawi?
Mama wzdycha cichutko, potem posyła mi pocieszające spojrzenie, jakby próbowała przekonać mnie, że to wcale nie jest zła wiadomość.
Potem przytakuje.
— Są tu prawie codziennie, debatują w komnacie w lochach przez długie godziny. Bella też powinna niedługo wrócić, mam nadzieję, że jak najprędzej. Nie jestem w stanie sama sobie poradzić z nimi wszystkimi. Nie bez Lucjusza.
— Tata niedługo wróci — rzucam beznamiętnie w przestrzeń, chociaż sam nie wiem, kogo próbuję przekonać. Na pewno bardziej ją niż samego siebie, bo spotkanie z ojcem nie jest teraz szczytem moich pragnień. — Musi wrócić — dodaję, a ona uśmiecha się całkiem radośnie i ściska przez stół moją rękę.
I tak siedzimy jeszcze przez długie chwile, a ja uświadamiam sobie, że moja nienawiść do ojca, do wszystkiego co zrobił, robi i zapewne jeszcze zrobi, nie może oddziaływać aż tak mocno na mamę, jak do tej pory.
Bo ona naprawdę go potrzebuje.
A ja potrzebuję jej.

***

Łazienka, w której zdaje się spędzam coraz więcej bezczynnego czasu, staje się jedynym miejscem, w którym mogę spokojnie pomyśleć i podjąć jakiekolwiek decyzje odnośnie dalszego działania. Znów otacza mnie chłodne, zimowe powietrze, a wiatr zdaje się hulać za nieszczelnymi oknami coraz mocniej, jakby tragiczna pogoda miała stać się jeszcze gorsza, a zima zupełnie dawać się w tym roku we znaki.
Zimna posadzka powinna przynosić ukojenie, ale sprawia jedynie, że po raz kolejny wzdrygam się i rozmasowuję wychłodzone nogi i ramiona. Ale nie mam dokąd pójść.
Więc siedzę dalej i zastanawiam się, co teraz. Co w sytuacji, gdy straciłem już tak wiele czasu i nie osiągnąłem zupełnie nic.
A on czeka.
A Dumbledore musi zostać zabity.
Tylko jak ja mam tego dokonać? Jak ja mam zabić jednego z najpotężniejszych czarodziei na świecie?
Nikt nie chce dać mi dopowiedzi.
Dłużące się minuty zamieniają się w godziny, późny wieczór przybrał już maskę nocy, bo za oknem ciąży absolutny mrok i nawet księżyc nie potrafić przebić przez niego choć błysku swojego światła.
W pewnym momencie głucha cisza, jaka do tej pory panowała w łazience, zostaje przerwana cichym pluskiem. Potem staje się on głośniejszy i głośniejszy, aż w końcu z jednej z kabin znów wyłania się ona.
Spoglądam uważnie, jak unosi się nad ziemią, jak sunie w moją stronę widmo dziewczyny, która kiedyś zawitała już w tej łazience i zdaje się dziś postanowiła zrobić to ponownie. Nie wiem dlaczego, ale zastanawia mnie, kim jest i co robi jej duch w Hogwarcie. I dlaczego do tej pory nie miałem okazji o niej usłyszeć?
— Znowu jesteś taki przygnębiony — jęczy przeciągle, jakby wypowiadanie słów w ten sposób było jej cechą rozpoznawczą. Zatrzymuje się zaledwie parę kroków ode mnie i przygląda się sceptycznie mojej osobie znad okrągłych okularów. — Za każdym razem jak tu przychodzisz jesteś tak samo nieszczęśliwy.
Wzruszam lekko ramionami. Nie wiem, co mógłbym odpowiedzieć.
— Zawsze możesz powiedzieć, dlaczego tak jest, chłopcze. — Wiruje leciutko w powietrzu i przekrzywia głowę to w jedną, to w drugą stronę.
— Kim jesteś? — mówię.
Prycha głośno i robi obrażoną minę, ale już w kolejnej chwili wyraz jej twarzy zmienia się diametralnie i znów jej usta wyginają się w szerokim uśmiechu.
— Marta — odpowiada.
— Co tu robisz? Dlaczego jesteś…
—…w Hogwarcie? — Nie daje mi dokończyć. — Bo właśnie tu zostałam zamordowana. I tak jakoś wyszło.
Wzrusza obojętnie ramionami. Potem zbliża się jeszcze bardziej.
— A ty? — pyta. — Powiesz w końcu, co tak mocno cię unieszczęśliwia? Nie mogę już patrzeć na twoją smutną twarz, bo sama robię się wtedy taka… taka nerwowa. I mam wrażenie, że zaraz umrę ze smutku…
— Ale ty jesteś…
—…martwa! — obrusza się, a ja natychmiast żałuję wypowiedzianych słów. — Święta racja! Martwa Marta. Gratuluję spostrzegawczości!
— Wcale nie to…
— …nieważne — przerywa mi. Duch dziewczyny znajduje się zaledwie parę centymetrów ode mnie, co sprawia, że czuję się coraz bardziej niekomfortowo. Jakbym spoglądał przez mgłę, a mimo wszystko widział przed sobą człowieka. — Więc powiesz, co tak cię trapi?
Natychmiast zaprzeczam.
— Nie mogę. Nikt nie może wiedzieć.
Przygląda mi się przez chwilę ciekawsko.
— Więc jak już w końcu będziesz mógł — mówi. — To zawsze znajdziesz mnie w którejś łazience i możesz powiedzieć mi wszystko. Naprawdę wszystko, chłopcze. Jestem świetnym słuchaczem i… raczej nigdzie się nie wybieram.
Wzdycham cichutko.
— On mnie zabije. On mnie po prostu zabije, jeśli cokolwiek powiem. I jeśli nie zrobię tego, co kazał — szepczę, jakby sam do siebie. Jakbym chciał sam sobie uświadomić położenie, w jakim się znalazłem.
Bez wyjścia. Bez szansy ratunku.
— Więc zrób wszystko, żeby tak się nie stało — oświadcza Marta, rozkładając ręce, jakby jej słowa były oczywistością, a ja głupi po prostu na to nie wpadłem. — Śmierć wcale nie jest taka fajna, jak się niektórym zdaje, więc nie polecam z własnego doświadczenia. Bo potem musisz włóczyć się w tej nędznej, przeźroczystej postaci i nikt, absolutnie nikt nie traktuje cię poważnie! Jakbyś już nic nie wiedział o życiu, tylko dlatego, że jesteś MARTWY!
Wybałusza oczy wyraźnie zdenerwowana, a gestykulacja jej rąk staje się z każdą chwilą coraz bardziej obfita.
— Tak zrobię — przerywam jej monolog i podnoszę się z podłogi.
I nim zdąży mnie zatrzymać, by poskarżyć się jeszcze na swój żałosny żywot, wybiegam z łazienki i obleczonymi nocą korytarzami biegnę natychmiast na siódme piętro.
Tak łatwo nie zrezygnuję.

Muszę dostać się tam, gdzie wszystko jest ukryte. Muszę dostać się tam, gdzie będę w stanie uratować mamę. Muszę dostać się tam, gdzie wszystko jest ukryte. Muszę dostać się tam…
Przechadzam się cierpliwie pod znienawidzoną już ścianą na siódmym piętrze, wyraźnie pobudzony. Jakbym chciał samą motywacją do działania otworzyć te przeklęte drzwi. Przymykam oczy i wytężam umysł tak, jak tylko potrafię.
Musi się udać. Myślę o mamie, o jej tragicznym stanie, o jej tęsknocie za tatą. O nim, o tym, który tak mocno niszczy wszystko na swojej drodze, o tym, jak potraktował moją matkę, moją mamę…
I gdy otwieram w końcu oczy, napawając się złudną nadzieją, prawie nie mogę uwierzyć, gdy w ścianie widnieją niewielkie, brązowe drzwi. Zaledwie na wyciągnięcie ręki. Nie wiem, co się zmieniło i dlaczego teraz stoją przede mną otworem, ale bez wahania sięgam za klamkę.
Nareszcie, myślę, przekraczając próg Pokoju Życzeń. Nareszcie.



odautorskie:
następny rozdział na 99% za tydzień 28 lipca ;) 
knockturn_alley