poniedziałek, 15 stycznia 2018

Rozdział 20

Wiesz, że dom przestaje być domem, kiedy nie czujesz się w nim już bezpiecznie.
Kiedy ściany zdają się przytłaczać z każdej strony, kiedy jego zapach staje się ciężki i nieznośny, kiedy własne łóżko sprawia, że cudem staje się zaśnięcie, a i tak po każdej nocy budzisz się z krzykiem, zlany zimnym potem i zastanawiasz się czy to wciąż koszmar senny czy już koszmar na jawie. Potem dociera do ciebie, że już od dawna obydwa nie różnią się między sobą nawet odrobinę.
Wgapiam się bez słowa w mrok, próbując uspokoić oddech. Jeden, dwa, jeden, dwa… Gdy już mi się to udaje, zaczynają docierać do mnie dźwięki, które próbuję zidentyfikować. Szuranie, trzaskanie drzwiami, podniesione głosy, potem szepty i tak przez kolejne dłużące się sekundy. Bez ruchu nasłuchuję kroków.
Nie wiem, która godzina, ale czuję, że to już. Że przyszła na mnie pora. Ale się nie ruszam, nawet nie drgnę, żeby zrobić to, co powinienem — wstać, przebrać się, zejść na dół, gdzie oni czekają i gdzie w końcu pojawi się on.
Potem zza drzwi dobiega niepewne pukanie.
Nie reaguję, ale słyszę, jak drzwi uchylają się leciutko, wpuszczając do mojej sypialni batalię dźwięków, potem znów się przymykają i na nowo następuje względna cisza. Ale coś się zmieniło — ktoś tu ze mną jest. Słyszę nerwowy, niekontrolowany oddech, niespokojne dreptanie w miejscu.
— Maxine, możesz mówić — chrypię w końcu, zaskoczony, że tym razem głos nie ugrzązł mi w gardle. Potem leniwie podnoszę się na łóżku.
— Pani Malfoy rozkazała… — szepcze skrzatka. — …poprosiła… panicz Malfoy powinien zejść już na dół, już wszyscy są…
— Milcz, Maxine… — przerywam jej. Niechętnie obracam głowę w stronę, gdzie znajduje się skrzatka, w mroku dostrzegam jedynie jej błyszczące oczy. — Idź stąd…
— Panicz Malfoy…
— Wynoś się, Maxine.
Nie ruszam się z miejsca, dopóki nieostrożne trzaśnięcie drzwiami nie oznajmia, że jestem znów całkiem sam. Potem zwlekam się z łóżka, czując jak każda wymęczona część mojego ciała daje o sobie znać. Podnoszę się i ledwo utrzymuję równowagę, ratuje mnie poręcz łóżka, której w ostatniej chwili się łapię. Wiem, że jeśli zejdę tam w takim stanie, będzie to ostatnie, co zrobię w życiu.

***

Lustro na korytarzu daje mi nadzieję, że nie wyglądam aż tak źle, jak się czuję. Wrak człowieka. Wrak wielkiego Draco Malfoya, który jeszcze kilka miesięcy temu dumnie kroczył tymi korytarzami, czuł się panem życia i śmierci, był panem życia i śmierci… nie wiem, gdzie on się podział.
Wołanie matki dobiega mnie coraz głośniej, jestem pewien, że jest już niedaleko, a ja wciąż wgapiam się w swoje odbicie i zastanawiam się, czy oni wszyscy widzą, że pod tą skorupą znajduje się roztrzaskany na kawałki wrak.
— Draco? — Matka wyłania się zza rogu i przystaje kilka kroków ode mnie. — Już czas, żebyś dołączył… — waha się przez chwilę, potem mówi: — Wszystko dobrze?
Najgłupsze pytanie na świecie. Co mógłbym jej odpowiedzieć?
Nie odpowiadam nic. Przez kilka sekund wgapiam się jeszcze w swoje puste tęczówki, by potem odwrócić się jakby nigdy nic i bez słowa przechodzę obok matki i powoli schodzę po schodach. Ona idzie za mną, przyspiesza, na ostatnim stopniu kładzie dłoń na moim ramieniu i zaciska ją znacząco — wiem, że mam się zatrzymać.
Moim oczom ukazuje się obraz mocno znienawidzony, do którego zdołałem już jednak przywyknąć od najmłodszych lat, kiedy Śmierciożercy pojawiali się w naszym dworze, potem coraz częściej, aż do codziennych spotkań w ostatnie wakacje. Właśnie wtedy — właśnie wtedy, kiedy ja musiałem do nich dołączyć.
Kilku śmiałków odzianych w czarne peleryny i te żałosne maski skina przede mną głową i rusza w stronę lochów, kilku mija nas bez słowa i idzie za nimi, a chaos jaki dobiega zza drzwi uświadamia mi, że już tak blisko, że już prawie wszyscy się pojawili. Przełykam głośno ślinę.
— Dasz radę, Draco — dobiega mnie ledwo słyszalny szept matki, a jej palce zaciskają się coraz mocniej i mocniej. Jest mocno zdenerwowana, ale nie mogę teraz o tym myśleć, nie teraz, nie w tej chwili, kiedy mój los pozostaje w jego rękach, a ja tak bardzo zawiodłem…
Wtedy dzieje się coś niespodziewanego.
W progu pojawiają się dwie postacie, kobiety i mężczyzny, które skądś znam. Nie wiem tylko skąd kojarzę te niewzruszone twarze i dlaczego wywołują we mnie takie poruszenie. Przecież to tylko kolejna para Śmierciożerców, nikt więcej, zupełnie nikt więcej… myślę, ale gdy wchodzą do środka, a za nimi pojawia się ona — wtedy wiem.
Już wszystko wiem.
— Tobias, Leonora — mówi moja matka nieco zbyt piskliwym głosem i rusza w ich stronę. Rozkłada ręce, jakby chciała uściskać ich serdecznie, ale wyraz jej twarzy wskazuje jasno, że ich obecność jest jej tak obojętna, jak całej reszty popleczników Voldemorta.
Narcyza Malfoy świetnie gra.
I kiedy oni wdają się w niezobowiązującą rozmowę, ja patrzę tylko na nią, na wciąż stojącą w progu Octavię Shacklebolt, wpatrzoną nieco zbyt intensywnie w czubki swoich butów, potem podnoszącą wzrok powoli, bardzo ostrożnie, jakby bała się tego, co może ujrzeć — mnie.
Ale potem patrzy.
Wbija we mnie swoje oczy tak intensywnie, tak dogłębnie i wiem, że ona wie. Shacklebolt zdziera ze mnie maskę, którą tak nieudolnie próbowałem włożyć. Ale nie współczuje, nie patrzy litościwie, nie robi tego, co wszyscy w ostatnich dniach.
Octavia Shacklebolt tylko przeprasza.
Kręcę leciutko głową, tak, żeby tylko ona zdołała dostrzec ten gest. Nie wierzę, wciąż nie wierzę w ani jedno jej słowo.
— Draco… — Kobiecy głos wyrywa mnie z transu i chcąc nie chcąc, odwracam się w jego stronę. — Poznaj Octavię, naszą córkę.
Pod wpływem swojej matki, Leonory Shacklebolt, którą ja intensywnie lustruję wzrokiem i przypominam sobie wszystko, co o niej usłyszałem w Pokoju Życzeń tak niedawno, dziewczyna rusza do przodu, by stanąć tuż obok mnie. Opiera się nonszalancko o barierkę schodów, zupełnie nie przypominając niepewnej dziewczyny, którą zaledwie kilka sekund temu dostrzegłem w progu, aż w końcu mówi:
— Wielki Draco Malfoy, czuję się zaszczycona.
Dyga leciutko, na co jej matka kręci głową i wzdycha niezadowolona. A ja z niewiadomych mi powodów, nawet mam ochotę się zaśmiać. Tak po prostu.
— Octavia… — Leonora karci córkę, potem zwraca się do mnie. — Przepraszam za moją córkę, ona…
— …tak już ma — kończę za kobietę znudzonym głosem.
— Tak już ma — powtarza za mną jak echo i milknie.
Z tej żałosnej konfrontacji ratuje nas mama, która w końcu prowadzi Tobiasa i jego żonę do lochów, a my zostajemy sami.

— Co tu robisz, Shacklebolt? — pytam niby od niechcenia, kiedy ona wciąż oparta o barierkę schodów, rozgląda się ciekawsko dookoła.
Wodzi wzrokiem po zaciemnionym wnętrzu, które rozświetlają tylko leciutko tlące się pochodnie, po marmurowej posadzce, po korytarzach wiodących w najodleglejsze zakamarki dworu. W końcu spogląda i na mnie.
— Chyba to co ty — wzdycha i wzrusza obojętnie ramionami. — Nie miałam wielkiego wyboru, bo rodzice doszli do wniosku, że po tym, co zrobiłam, muszę w końcu pokazać wszystkim, że rozum mi wrócił i przestałam być buntowniczką.
Wywracam oczami znudzony jej upartością. Jak długo będzie upierała się przy swoim?
— Nie musisz mi wierzyć, Malfoy — mówi. — Ale byłoby nam łatwiej, gdybyś to zrobił. I gdybyś przestał być tak nieznośnie uparty.
— Nie jestem…
— Jesteś tragicznie uparty — przerywa mi, przechylając leciutko głowę.
Po chwili na jej ustach pojawia się leciutki uśmiech, a dziewczyna macha dłonią. Odwracam się, zaskoczony, kim może być adresat jej powitania i mój wzrok pada na uchylone drzwi kuchni, w których dostrzegam przerażoną twarz Maxine. Gdy tylko dostrzega, że ją widzę, znika szybciej niż się pojawiła, zatrzaskując sobie przy okazji kokardę ciężkimi drzwiami. Maxine to najżałośniejszy skrzat, z jakim kiedykolwiek miałem do czynienia.
— Czy ty zawsze musisz robić wszystko po swojemu? — pytam. — W domu, w którym skrzaty traktuje się jak zwyczajne śmiecie, ty machasz do nich na powitanie i uśmiechasz się jakby nigdy nic… jesteś niepoważna, Shacklebolt.
Szeroki uśmiech zmienia się teraz w pełen pobłażania. Ten, którego tak mocno nie znoszę.
— Nie muszę, ale chcę. I nie udawaj, ale ona bardzo cię lubi. Tak jak i ty ją. Maxine jest słodka. I urocza. I zrobiłaby dla ciebie wszystko.
— Ja. Nie. Lubię. Żadnego. Żałosnego… — cedzę przez zaciśnięte zęby, na co dziewczyna wybucha głośnym śmiechem, który natychmiast próbuje stłumić.
— Możesz sobie tak wmawiać, Draco, ale ja wiem, co widzę.
Kręcę głową coraz mocniej poirytowany. Nie rozumiem, po co ona się tu zjawiła i dlaczego musiało to nastąpić akurat dzisiaj, akurat teraz, kiedy on jest tak blisko, a ja muszę być skupiony, pewny siebie, muszę walczyć o matkę, wyprosić czas, błagać o wybaczenie…
Sam nie wiem, co mnie czeka.
— Potter wie o Bell — mówię w końcu. — I musisz coś z tym zrobić.
— Ja? — pyta zdziwiona.
Przytakuję, nachylając się bliżej, by tylko ona mogła dosłyszeć moje słowa. Wprawdzie oprócz nas nie ma tu nikogo innego, ale nie chcę ryzykować. Już dawno przestałem ufać komukolwiek.
— Musisz zadbać o to, żeby nikt mu nie wierzył, żeby uznali go za czubka, za kogoś, kto ze zwyczajnej nienawiści snuje sobie teorie spiskowe, cokolwiek, słyszysz?
Shacklebolt namyśla się przez chwilę.
— Ciekawe jak niby mam to zrobić, hmm?
— Jakkolwiek. Do tej pory nie oszczędzałaś mi tych swoich genialnych pomysłów, więc wysil się w końcu Shacklebolt. Pamiętasz jak proponowałaś mi pomoc, która podobno ma być dla mnie nieoceniona? Teraz możesz się wykazać.
— Nie bądź dupkiem, Malfoy — kwituje, wywracając oczami. — Większym niż jesteś w rzeczywistości. Ale niech ci będzie, coś wymyślę.
Otwieram usta, by coś odpowiedzieć, ale w tej chwili dobiegają nas spieszne kroki od strony lochów. Mama. Odwracam się do Shacklebolt i szepczę prędko:
— Nikt ma nic nie wiedzieć, jasne?
Ona kiwa głową.
— Możemy teraz stąd iść? — pyta.
Kroki są coraz bliżej.
— Jak to? — pytam, czując jak serce bije mi coraz mocniej. Mam wrażenie, że zaraz wyskoczy mi z piersi i tak zwyczajnie opadnę tutaj z sił, by nigdy się nie podnieść.
— Gdziekolwiek, na dwór, do twojego pokoju, cokolwiek — prosi niemal rozpaczliwie. — Niech sami załatwiają swoje sprawy, my i tak nie mamy tam wstępu, nieprawdaż? A ja tak bardzo nie chcę go zobaczyć, tak bardzo…
Wpatruję się w nią bez słowa, licząc w myślach kroki pozostałe do tej znienawidzonej chwili, a błaganie w oczach Shacklebolt przez moment przesłania mi wszystko. Chcę z nią uciec, gdziekolwiek, właśnie teraz i nigdy tu nie wrócić. Znaleźć miejsce bezpieczne, z dala od tego koszmaru, z dala od domu, który już nie jest domem, miejsca, które napawa mnie przerażeniem i coraz mocniejszą nienawiścią.
Ale ona nie wie — Octavia Shacklebolt nie ma pojęcia, że szeregi Śmierciożerców już są dla mnie otwarte. Że przy zatłoczonym, mosiężnym stole w lochach tkwi właśnie jeszcze jedno miejsce — puste. Dla mnie.
— Draco? — Głos matki pobrzmiewa cichutko, kiedy jej kroki ustają. — Już czas.
Odrywam wzrok od zaskoczonej dziewczyny i bez słowa ruszam do lochów. Nie odwracam się. I nie wiem, czy bardziej boję się tego, co zaraz się stanie, czy tego, co bym ujrzał, zerkając na nią ten ostatni raz.

***

Najdziwniejsze jest to, że on nie musi mówić absolutnie nic, by każdy z obecnych domyślił się, że spotkanie dobiegło końca i mają zwyczajnie stąd wyjść. Zejść mu z oczu, wypełnić rozkazy i czekać na kolejne wezwanie.
Głośne szuranie krzeseł roznosi się po sali, a zatłoczone do tej pory pomieszczenie robi się coraz bardziej puste. Ja z każdą sekundą boję się coraz bardziej, drżę coraz mocniej, obserwując ukradkiem postacie znikające za drzwiami i odliczam. Jeszcze piętnaście, czternaście… wiem, że ja mam zostać… dziesięć, dziewięć… bo on właśnie tego ode mnie oczekuje… sześć, pięć… a ja nie mam wyboru.
Tkwię niezmiennie na swoim miejscu, próbując zachować kontrolę nad samym sobą. Nad coraz bardziej podenerwowanym ciałem, nad szalejącym umysłem, nad strachem, nad wszystkim, co niszczy mnie właśnie teraz od środka.
Ostatnia wychodzi mama. Zerka na mnie rozpaczliwie, ale nic nie może zrobić. Nie patrzę na nią, ale czuję na sobie jej wzrok i wiem, że zrobiłaby wszystko, żeby mnie stąd zabrać razem z sobą.
Ale nie może.
— Draco — słyszę ten przeraźliwy, przyprawiający mnie o ciarki głos i wiem, że to właśnie się dzieje. Zaraz będę musiał zapłacić za to, że go zawiodłem. — Minęło już tyle czasu, tyle czasu…
Wbijam wzrok w ciemny blat. Jedno miejsce. Punkt zaczepienia.
Nie pozwolić mu wejść do głowy, nie pozwolić mu wejść do umysłu, nie pozwolić…
—… a ja wciąż czekam, chłopcze — ciągnie dalej niewzruszonym głosem, przemieszczając się bezgłośnie po sali, a ja czuję jak powietrze wokół mnie robi się coraz chłodniejsze, coraz mocniej przytłaczające. Zimno, które od niego bije przeszywa mnie na wskroś i wiem, że jest coraz bliżej, tuż za mną, nachyla się i szepcze: — I moja cierpliwość się kończy.
— Tak, panie — odpowiadam cicho, ale pewnie, kiedy zapada cisza, a on oczekuje odpowiedzi. Przełykam ślinę, która zaległa mi w gardle, ale zamiast jakiejkolwiek ulgi, dopada mnie nieznośna bezradność.
Voldemort śmieje się sucho, jego dłoń wędruje do mojej szyi, jest coraz bliżej, mam wrażenie, że zaraz zaciśnie się na moim gardle i zwyczajnie mnie zabije. Ale on tego nie robi, to nie w jego stylu.
Już w kolejnej chwili pojawia się przede mną, po drugiej stronie stołu i spogląda na mnie pełen wyczekiwania.
A ja nie mówię nic.
— Tak, panie — naśladuje mój głos coraz mocniej poirytowany. Kącik jego ust wygina się lekceważąco ku górze, by po chwili znów stać się częścią idealnie prostej, zaciśniętej linii.
— Nie wszystko idzie zgodnie z planem — mówię. — Ale wszystko naprawię, potrzebuję tylko trochę… czasu.
— Potrzebujesz czasu. — Głos niesie się echem po pustej sali.
Przytakuję.
Po tym, co następuje potem, wiem, że mam go bardzo niewiele.
Nie mam szans zareagować, kiedy moje ciało unosi się ku górze i uderza o kamienną ścianę z mocnym impetem. Całe przylega do niej, a ja mam wrażenie, że każda kość została doszczętnie skruszona. Ból, który potęguje się z każdą chwilą jest nie do opisania, przeszywa mnie od góry do dołu, a ja wiem, że to dopiero początek.
Chcę umrzeć, właśnie teraz, w tej chwili. Ale wiem, że on nie jest taki łaskawy.

— To wszystko zaczęło się na początku wakacji — mówi Shacklebolt. — Sobota. To na pewno była sobota. Nie wiedziałam, co się szykuje, bo nic mi nie powiedzieli, ani słowem nie napomknęli, dokąd się wybieramy. Miałam tylko się ubrać i iść z nimi. A ja nie oponowałam. I to był pierwszy raz, kiedy stanęłam z nim twarzą w twarz, z samym Voldemortem, który miał sprawdzić, czy się nadaję, czy będę w stanie sprostać jego oczekiwaniom i wypełnić jego zadanie. Miał upewnić się, że jestem wystarczająco dobra, by w moich rękach powierzyć życie, a raczej śmierć dyrektora Hogwaru. I zniszczenie szkoły.

Niewidzialna ręka zaciska się na mojej szyi coraz mocniej.
Wyciągam szyję ku górze, by złapać choć odrobinę tchu, ale każdy kolejny oddech jest coraz słabszy i zaczynam się dusić. Otwieram i zamykam usta, próbując w jakikolwiek sposób przekonać go, by przestał. Wybłagać, uprosić jeszcze jedną szansę, ale jego twarz jest niewzruszona.

Nikt nie zapytał mnie o zdanie. Nikt nie powiedział, co tak naprawdę będę musiała zrobić, więc stałam tam z nim sama, twarzą w twarz, przerażona, niepewna i czekałam.
Nie wiedziałam, na co.
Dopiero gdy kazał mi wyjść i przywołał na nowo moich rodziców, wiedziałam, że stanie się coś złego. Czułam jak się denerwują, jak nerwowo zerkają na mnie i na drzwi oddzielające nas od Voldemorta.
Ale najgorsze uczucie pojawiło się, gdy stamtąd wyszli.
Zadowoleni.
I powiedzieli mi, że się udało, że go przekonałam, że wykonam dla niego zadanie. A potem stanę się jedną z nich.

Nie umiem określić uczucia umierania, chociaż z jego ręki bliski śmierci byłem nie raz. Patrzysz na niego i błagasz, żeby przestał i kiedy masz nadzieję, że to twoja ostatnia chwila, że zaraz to wszystko się skończy, że przyjdzie wybawiająca śmierć — on odpuszcza.
Po to, by bawić się dalej.
Voldemort opuszcza rękę, w której trzyma różdżkę wycelowaną w moją stronę, a ja upadam na posadzkę z głośnym hukiem. Pokiereszowane ciało ląduje w samym rogu sali, nie mogę się poruszyć, nie mogę zrobić zupełnie nic. Leżę z kończynami powykrzywianymi na wszystkie strony i mam wrażenie, że jeśli on zaraz mnie nie zabije — umrę z bólu.
Bo tak bardzo mnie boli. Tak bardzo.

Zapytałam: dlaczego? Tylko to przyszło mi do głowy, kiedy spoglądałam na rozradowane twarze moich rodziców, którzy z dumą oznajmiali mi, że to ja zostałam wybrana i to ja dostąpię tego zaszczytu.
A na moje głupie: dlaczego wybrał mnie?, oni odpowiedzieli:
— Dzięki nam. Dzięki nam staniesz się teraz kimś wielkim.
I od tej pory znienawidziłam ich jeszcze bardziej, chociaż do tej pory nie sądziłam, że jest to jeszcze możliwe.

Przez długie chwile nie dzieje się nic. Leżę w bezruchu i czekam na to, co nieuniknione, a on zdaje się napawać moim żałosnym widokiem i nie robi nic. Wiem, że tu jest, czuję jego obecność, czuję zimno, przeraźliwy mrok, który zaczyna mnie pochłaniać.
Chcę go zabić, chcę, by zniknął z mojego życia raz na zawsze, by nigdy się nie pojawił.
Kontrola. Nie dopuścić go do swojej głowy, nie dopuścić do swojego umysłu, nie dopuścić…
Potem jego różdżka znów się unosi.
— Crucio — szepcze, a moje gardło rozrywa przeraźliwy krzyk rozpaczy. Nie zniosę tego po raz kolejny, nie dam rady, nie przeżyję kolejnych tortur, bólu rozłupującego czaszkę, ognia trawiącego wnętrzności, rozrywania skóry.
Nie mam już tyle siły.

— A kiedy nie mogłam już dłużej znieść tego, co się działo potem, zwyczajnie uciekłam — mówi Shacklebolt. — Nie wiem, jakim cudem mi się to udało, bo prawie nie spuszczali mnie z oczu, ale uciekłam. Zniknęłam na kilka tygodni, a chociaż poszukiwania były intensywne, jakoś mi się udawało, przenosiłam się z jednego miejsca w inne, nigdzie nie zostawałam dłużej niż kilka godzin. Sama nie wiem, jak długo chciałam to ciągnąć. Może już na zawsze.
Po chwili dodaje:
— Nie pamiętam, ile razy byli naprawdę blisko, by mnie złapać, ale jeden raz pamiętam do dzisiaj. Na Śmiertelnym Nokturnie. Nocą. Uciekałam przed Greybackiem kompletnie przerażona i błagałam o jakąkolwiek pomoc, cokolwiek, bo on był tak blisko i wiem, że najłagodniejszą karą po tym, co zrobiłam, byłaby śmierć.
Ale wtedy pojawiłeś się ty. Wyrosłeś na środku ulicy zupełnie znikąd i ocaliłeś zakapturzoną postać, chociaż wcale nie musiałeś. Mogłeś powiedzieć, dokąd pobiegłam, a on — on miałby mnie w jednej chwili.
Ale ty tego nie zrobiłeś, Draco.

Pamiętam dokładnie każdą ranę, którą mi zadał. Każda blizna jest opatrzona bólem, który odczuwam, gdy tylko wracam pamięcią do tortur z poprzednich wakacji. Wiem, że potężna rana na klatce piersiowej, która tak obficie krwawi właśnie w tej chwili, nigdy nie zniknie z mojej pamięci.
Zapamiętam przeszywający ból, zapamiętam własne błaganie o śmierć i jego zimny głos:
— Nie masz byt wiele czasu, Draco. Pamiętaj, mnie nie można zawodzić.
Niewidzialne ostrze wbija się we mnie powoli i ciągnie zdaje się w nieskończoność, a kiedy myślę już, że to jednak koniec, że mnie litościwie zabije, wszystko ustaje. Mrok. Zimno. On.
Pozostaje tylko niewyobrażalny ból i koszula przesiąknięta krwią.