piątek, 11 sierpnia 2017

Rozdział 17

Znalezienie szafki zniknięć w Pokoju Życzeń nie jest trudne, zwłaszcza, jeśli tak jak w moim przypadku — doskonale wiem, czego szukam. Wypatruję wśród nawału najróżniejszych magicznych i niemagicznych przedmiotów tego jednego, którego działanie poznawałem w poprzednie wakacje w sklepie Borgina&Burkesa. Jest. Wysoka szafa stoi w samym rogu pomieszczenia, przykryta ciężkim, zakurzonym materiałem, który ściągam tak szybko, jak tylko pojawiam się obok niej.
Jest identyczna jak ta na ulicy Śmiertelnego Nokturnu. Przez chwilę wpatruję się w ciemne, mahoniowe drzwiczki, zdobione bogato zawiłymi ornamentami, w przyczarniałe od brudu okrągłe klamki i nareszcie nabieram poczucia, że jestem w dobrym miejscu.
Dokładnie tam, gdzie powinienem.
Sięgam ostrożnie do klamki i otwieram szafkę na oścież. Wita mnie zupełna pustka, mroczne wnętrze zdaje się przytłaczać tkwiącą w nim siłą, której natychmiast chcę się poddać. Ale nie, zbyt wiele wiem, by tak zwyczajnie dać się nabrać.
Przymykam drzwiczki i wędruję przez chwilę pomiędzy labiryntem utkanym ze zbioru najróżniejszych rzeczy, który rozlega się dokoła mnie. Szukam czegoś, co pozwoli mi sprawdzić, co przetestuje działanie szafki i powie mi, co tak naprawdę muszę jeszcze zrobić, by wszystko poszło zgodnie z planem.
Śmierciożercy, przejęcie zamku, śmierć Dumbledore’a. Mama. Życie mojej mamy. Życie za życie. Śmierć. To wszystko staje mi przed oczami bez chwili przerwy, wytchnienia.
I on.
W końcu zadowolony.


***

Wchodzę zupełnie wykończony do Wielkiej Sali wypełnionej już po brzegi, wszak śniadanie zaczęło się już dawno i wychodząc spiesznie z Pokoju Życzeń, gdzie spędziłem prawie całą noc, miałem wątpliwości, czy w ogóle zdążę cokolwiek zjeść. Na szczęście mam jeszcze chwilę przed rozpoczęciem zajęć, więc szukam prędko wzrokiem Zabiniego i gdy tylko mi się udaje, opadam na miejsce naprzeciwko niego. Siedzi sam skupiony wyraźnie na wertowanym Proroku Codziennym, co rusz pogryzając trzymaną w dłoni kanapkę.
Gdy zajmuję swoje miejsce, ten podnosi głowę i wita mnie szerokim uśmiechem. Jest mocno podekscytowany.
— Nareszcie — mówi i zamyka gazetę. — Nie było cię całą noc, stary. I poprzednią, i jeszcze kilka wstecz. Wiesz, że nie wtrącam się wtedy, kiedy nie trzeba, ale czy nawet wielki Draco Malfoy nie potrzebuje czasem snu?
Przysuwam przed siebie talerzyk wypełniony pachnącą jajecznicą i nim cokolwiek odpowiem, napełniam wygłodniały żołądek.
— Nie mam na to czasu — odpowiadam w końcu, przełykając stanowczo zbyt szybko każdy kolejny kęs. — Wiesz jak jest.
Przecieram zmęczone oczy, poprawiam nieudolnymi ruchami sterczące zapewne w każdą stronę włosy, próbując sprawić, by mój wygląd nie był aż tak tragiczny, ale mina Zabiniego wskazuje, że na niewiele się to zdaje.
— Aż tak źle? — pytam.
— Nie chcę cię martwić, naprawdę, ale nie jest najlepiej. Miss szkoły w takim stanie nie zostaniesz, ale jeśli podoba ci się taki styl, droga wolna — macha ostentacyjnie ręką i wybucha śmiechem.
Kręcę tylko głową i na nowo pochłaniam wszystko, co znajduje się na moim talerzu, bo śniadanie naprawdę dobiega już końca, co wnioskuję po tym, że spora część uczniów znika już za drzwiami Wielkiej Sali. A do zajęć eliksirów wcale nie pozostało już tak dużo czasu, jak mi się zdawało.
— Co z nimi wszystkimi? — pytam, obserwując przez kilka sekund uczniów każdego z domów. Wszyscy są wyraźnie pobudzeni, dyskutują o czymś zawzięcie, jakby jakaś ogromna sensacja wstrząsnęła całą szkołą i stanowiła teraz temat numer jeden.
Blaise wybałusza oczy w moją stronę i kręci litościwie głową.
— Naprawdę, Draco? Jesteś aż tak wyciągnięty z rzeczywistości, że nie wiesz co się dzieje?
Wzruszam ramionami.
— Serio? Serio, serio?
— Zabini! — wołam wyraźnie zniecierpliwiony. — Serio, nie wiem, co jest tak ekscytujące dla tej bandy idiotów, że muszą o tym huczeć z samego rana bez chwili przerwy, okej? Więc możesz mi w końcu powiedzieć, co takiego się stało, że niewiedza jest aż tak małostkowa?
Zabini podsuwa w moją stronę Proroka Codziennego, potem stuka w okładkę i oświadcza:
— Lepiej sam przeczytaj.

KOLEJNI ŚMIERCIOŻERCY POSZUKIWANI!

Powrót Tego—Którego—Imienia—Nie—Wolno—Wymawiać stanowi już fakt niezaprzeczalny, powiedział ostatnio Minister Magii. Dlatego też mamy obecnie do czynienia z coraz bardziej zwiększającą się liczbą jego popleczników, a co za tym idzie, z coraz mocniej dostrzegalną liczbą aktów terroru wobec rodzin czarodziejskich, ale także mugolskich, którzy nie mają świadomości, co tak naprawdę się dzieje i dlaczego liczba zgonów, niewyjaśnionych żadnymi racjonalnymi okolicznościami, jest w ostatnich miesiącach tak wielka, cytuje dalej nasz korespondent.
Jak donoszą ostatnie pogłoski, liczba Śmierciożerców wzrosła dwudziestokrotnie i większość z nich, chociaż otwarcie nie popiera działań Tego—Którego—Imienia—Nie—Wolno—Wymawiać, nie staje także po stronie Ministerstwa, które podejmuje wszelkie niezbędne kroki, by zapobiec niepotrzebnemu rozlewowi krwi, zarówno czarodziejskiej, jak i mugolskiej.
Przynajmniej takie opinie płyną z rozmów, które przeprowadzamy ostatnio z pracownikami Ministerstwa. Percy Weasley przekonuje, że działania podejmowane przez naszych urzędników oraz Aurorów są wystarczające, by zapewnić bezpieczeństwo wszystkim, którzy o to poproszą.
Jak donosi nasze źródło informacji, sytuacja wcale nie wygląda tak dobrze i zdecydowanie mamy się czego obawiać. Aresztowania Śmierciożerców na początku września i umieszczenie ich w ściśle strzeżonym Azkabanie to już temat odległy, a dalszych sukcesów, jak nie było, tak nie ma. Co więcej, obecnie dość nieudolnie prowadzone są poszukiwania kolejnych Śmierciożerców, którzy na polecenie samego Tego—Którego—Imienia—Nie—Wolno—Wymawiać, dokonali w ostatnich tygodniach masakry na trzech mugolskich rodzinach i wciąż pozostają nieuchwytni.
Poniżej zamieszczamy zdjęcie najgroźniejszej obecnie pary Śmierciożerców, Tobiasa i Leonory Shacklebolt, i prosimy o kontakt, jeśli gdziekolwiek się pojawią.

Spoglądam przez chwilę na poruszające się poniżej zdjęcie kobiety i mężczyzny. Obydwie twarze są jakby bez wyrazu, stoją na baczność i wgapiają się beznamiętnie w jeden punkt. Tylko ręka kobiety co jakiś czas wędruje w stronę twarzy, pociera nerwowo policzek, potem znów ją opuszcza.
— Czy to…? — zaczynam, ale napotykając spojrzenie Zabiniego, wiem, że nie muszę pytać dalej.
— Dokładnie. Ciesz się, stary, przynajmniej zejdziesz trochę ze świecznika, cnie — oświadcza, a ja nie mogę się nie zgodzić. — Ale jej trochę żal. W końcu jaka w tym jej wina, że starzy obrali sobie taką drogę.
Skina głową w stronę wyjścia, a ja dostrzegam jeszcze jak drobna sylwetka Octavii Shacklebolt znika za drzwiami, obarczona zewsząd wścibskimi spojrzeniami i żałosnymi szeptami.

***

Jeśli ktoś naprawdę wierzy w stereotyp, że każdego Gryfona cechuje męstwo i nadzwyczajna odwaga, powinien jeszcze raz głęboko to przemyśleć i w końcu przejrzeć na oczy. To zwykłe brednie.
Wchodząc do klasy, gdzie za chwilę mają rozpocząć się eliksiry, cały czas myślę o tym, co przeczytałem w Proroku Codziennym. Wciąż ciężko mi uwierzyć, że dwójka Śmierciożerców, na których czasem natykałem się w domu podczas zwoływanych spotkań, okazała się rodzicami właśnie tej jednej irytującej Gryfonki. Nie interesowały mnie wtedy nazwiska, twarze, padające wyznania, chciałem tylko wejść, przetrwać, wyjść i nigdy tam nie wrócić.
Teraz myślę, że to był błąd.
W klasie wciąż panuje gwar, a narastające szepty stają się coraz bardziej irytujące, jakby każda osoba w sali na siłę poszukiwała kolejnej sensacji, by rozerwać swoje nudne, żałosne życie. Slughorn nie reaguje na powstałe zamieszanie, siedzi w swoim fotelu za biurkiem, notując coś zawzięcie, a każdy ruch jego dłoni jest jakby nerwowy, mocno poruszony.
I tylko ona siedzi cicho, wpatrzona bez ruchu w blat swojego stolika. O dziwo, całkiem sama, trzy pozostałe miejsca świecą pustkami, chociaż ci, którzy do tej pory je zajmowali, wcale nie wyparowali — Thomas i Finnigan siedzą przy stoliku obok, dyskutując i bez ogródek wskazując palcami na niewzruszoną Octavię Shacklebolt.
Gryfoni to idioci.
— Stój — szepczę do Zabiniego, który właśnie w tej chwili chce przecisnąć się między stolikami, by dotrzeć do zajmowanych przez nas zazwyczaj miejsc. Nott i Parkinson już na nas czekają.
Potem skinam w stronę Shacklebolt, Blaise rzuca mi pytające spojrzenie, jakby zupełnie nie wiedział o co mi chodzi. Bez słowa ruszam w stronę pustych miejsc obok nieruchomej Gryfonki, nie zwracając już uwagi na podniesione głosy dokoła. Słyszę, że Blaise idzie za mną.
Na szczęście.
Odsuwam krzesło donośnym szurnięciem, tak, że większość głów w sali podnosi się i szepty na moment cichną. Gdy opadamy na siedzenia, wzmagają się jeszcze bardziej i dochodzę do wniosku, że za żadne skarby nie chciałbym być jednym z nich.
Choćby mi zapłacili.
Czuję na sobie wzrok wszystkich w sali, począwszy od Pottera i jego żałosnej świty, przez zaskoczonego Notta i Pansy, po samego Slughorna, który porusza się teraz nieswojo w fotelu i zapewne debatuje sam ze sobą, czy poprowadzić dzisiejsze zajęcia, czy też nie.
Gdy podnosi się z miejsca, wiem, że decyzja została przez niego podjęta.
Zabini bez chwili przerwy lustruje mnie wzrokiem, ale ja zbywam go tylko lekkim potrząśnięciem głową. Niech lepiej nie pyta, bo za chwilę zacznę mocno żałować każdego wykonanego przed chwilą ruchu.
Ale niech widzą. Niech mają o czym gadać.
— Jak widać życie wam niemiłe — szepcze zaskoczona Shacklebolt, spoglądając na nas niepewnie. Ma mocno podkrążone oczy, jakby w ogóle nie spała, a twarz jeszcze bledszą niż zazwyczaj. Zastanawiam się, jak długo wie, jak długo musiała zmagać się z tym sama i co tak naprawdę łączy ją z drogą wybraną przez jej rodziców. Czy też jest taka jak oni? Czy popiera to co robią?  — Bez urazy, Malfoy, ale nie potrzebuję waszej litości, ani tym bardziej współczucia.
— Wierz mi, Shacklebolt, mam potężną gamę przejawianych uczuć, ale okazywanie współczucia zdecydowanie się w niej nie znajduje. A już szczególnie dla ciebie.
Unosi nieco brwi i przez chwile wpatruje się we mnie niepewnie. Mam wrażenie, że chce coś jeszcze powiedzieć, ale milknie i znów opuszcza głowę.
I tak bez słowa upływają nam całe zajęcia, mimo to wcale nie jest nieswojo. Wręcz przeciwnie, całkiem swobodnie jak na przebywanie z osobą, która przez cały semestr doprowadzała mnie do szału i niemałej irytacji.
Jakby coś się zmieniło.
— Ten typ naprawdę jest szurnięty — jęczy Blaise, gdy Slughorn kończy obchód wokół stolików w sali, sprawdzając poszczególne eliksiry i znika za drzwiami swojej kanciapy. — Nawet nie spojrzał do naszych kociołków, po prostu nas zignorował! Jakby nas tu nie było.
— Mówiłam, że lepiej tu nie siadać — mówi cicho Shacklebolt i zbiera swoje przybory ze stołu, pakując je prędko do torby. — Jest mocno uczulony na śmierciożercze geny.
Blaise prycha lekceważąco, wciąż przeklinając pod nosem.
— Nie musisz tego więcej robić — zwraca się do mnie. Przewiesza torbę przez ramię i spogląda na mnie pewnym wzrokiem, wciąż przepełnionym smutkiem. Dobrze wiem, jak się czuje.
Wzruszam ramionami.
— Robię co chcę, Shacklebolt. Stąd mamy po prostu lepszy widok, nie wyobrażaj sobie od razu wielkich rzeczy.
Dopiero teraz uśmiecha się smutno.
— Jednak czegoś się uczysz, Draco — szepcze cichutko, tak, że tylko ja mogę ją usłyszeć. Potem mija nas prędko i uciekając przed spojrzeniami ze strony innych, znika za drzwiami.
— Pokój Wspólny przed transmutacją? — pyta Zabini wciąż mocno podenerwowany.
Spoglądam na zegarek i kręcę głową.
— Muszę jeszcze coś załatwić.
— Twoje sprawy?
Przytakuję.
— Muszę skoczyć do biblioteki.
I nim zdoła cokolwiek powiedzieć, wychodzę z sali.

***


Naprawienie szafki zniknięć przysparza mi więcej problemów niż się spodziewałem i żadna z dotychczas wymyślonych przeze mnie teorii nie okazuje się skuteczna. Każdy przedmiot, który znajduje się we wnętrzu magicznej szafy, powraca uszkodzony, niezdatny do dalszego użytku. Nie chcę nawet wiedzieć, co stałoby się z osobą, która podjęłaby się próby jej użycia właśnie w takim stanie.
Siedząc w bibliotece i wertując już kolejną książkę, dochodzę do wniosku, że znalezienie pomocy tutaj to zwykła naiwność i strata czasu. Chyba nikt nie podjął się analizy jej szczegółowego działania, a już tym bardziej naprawiania przy usterce, skoro każdy otwierany przeze mnie podręcznik — zaciekle milczy.
Wzdycham głośno i odkładam kolejny opasły tom na rosnącą w szybkim tempie stertę, kiedy do moich uszu dobiega ciche chrząknięcie. Niechętnie podnoszę głowę, a moim oczom ukazuje się Pansy stojąca tuż przed stolikiem i uśmiechająca się leciutko w moją stronę.
— Cześć, Draco — szepcze niepewnie, jakby bała się każdego wypowiadanego słowa. Może bardziej boi się mojej reakcji.
Nie odpowiadam.
Pansy nie poddaje się, odsuwa ostrożnie krzesło naprzeciwko, tak, by nie zwrócić uwagi czepialskiej bibliotekarki, i nachyla się w moją stronę, co wcale mi się nie podoba. Nie mam ani czasu, ani ochoty na dyskusje właśnie z nią.
Jeszcze nie teraz.
Potem uświadamiam sobie, że nie wiem, kiedy nadejdzie czas, by powiedzieć to należne jej przepraszam.
— Jak się trzymasz? — pyta. Ja tylko wzruszam w odpowiedzi. Co ona może wiedzieć.
Potem padają słowa, których się nie spodziewam i którym nie umiem tak po prostu odpuścić.
— Słyszałam o twojej mamie — oświadcza szeptem Parkinson, a w jej oczach widzę autentyczną troskę, potem potężne współczucie, których wcale nie potrzebuję. — Tak bardzo mi przykro, Draco.
— To. Nie. Twoja. Sprawa. — Zaciekłość w moim tonie przeraża nawet mnie samego. Odsuwam krzesło z głośnym szurnięciem, za co otrzymuję rugające spojrzenie od bibliotekarki, ale nie zwracam na nią nawet uwagi. — Więc nie wtrącaj się w nie swoje sprawy.
Ruszam w stronę wyjścia, mając nadzieję, że ona tam zostanie. Że tak zwyczajnie da mi spokój i nie będzie więcej poruszała tematów, na które nie ma najmniejszego prawa się wypowiadać. Znów staje mi przed oczami obraz ledwo żywej mamy, brak siły, brak chęci do życia, brak jakiejkolwiek nadziei.
A to wszystko przez nią.
Pansy jednak nie rezygnuje. Słyszę jej prędkie tupanie na kamiennej posadzce, dlatego też przyspieszam kroku i próbuję ją zgubić. Ona zawzięcie podąża moimi śladami.
— Draco, zaczekaj — woła, ale ja nie słucham. — Draco, proszę. Naprawdę nie chciałam cię zdenerwować.
Zatrzymuję się dopiero u dołu schodów, odwracam się w jej stronę i obdarzam nienawistnym spojrzeniem, chociaż ona wcale na to nie zasługuje. Musi po prostu dać mi spokój.
— Nie mieszaj się do tego, Parkinson — syczę, a ona staje bez ruchu. Przygląda mi się przerażona, co powoduje niemałe kłucie w moim żołądku, jakbym ranił nie tyle ją, co samego siebie. Ale nie mogę przestać. — Nie waż się więcej mówić o mojej matce, nigdy więcej.
— Draco…
— Nie potrzebuję twojej troski, litości, żałosnych wyznań, słyszysz? Nie potrzebuję cię i nigdy nie potrzebowałem. Więc nie każ mi nigdy więcej tego powtarzać. I zejdź mi z oczu, Parkinson.
Przepraszam, tak bardzo przepraszam.
Pansy przez chwilę nie reaguje. Potem jej usta otwierają się, jakby chciała coś odpowiedzieć, ale jednak się powstrzymuje. Odgarnia nerwowo włosy do tyłu i zadziera głowę, chcąc dodać sobie pewności siebie. Nie płacze — to jej największa zaleta. Pansy Parkinson bardzo rzadko daje się ponieść emocjom.
— Przesadziłeś, Malfoy. — Słyszę za sobą znajomy głos i odwracam się zaskoczony.
— Słucham? — rzucam szorstko.
— Naprawdę przesadziłeś.
Zabini mija mnie i podchodzi do Pansy, równie zaskoczonej jak ja. Obejmuje ją ramieniem i przygląda mi się z niedowierzaniem. Wyraz jego twarzy wskazuje, że jest mocno wkurzony i nie mogę się dziwić.
Już nie.
— Nie waż się więcej tak do niej mówić, Malfoy.
Potem przyciąga ją do siebie opiekuńczo i nie zwracając już na mnie uwagi, znikają na najbliższym rozwidleniu.
A ja zostaję sam.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz