piątek, 14 lipca 2017

Rozdział 15

Śnieg padający obficie za oknem uświadamia mi, że czas pędzi nieubłaganie i wielkimi krokami zbliża się Boże Narodzenie. Wyjście spod ciepłej kołdry stanowi teraz spore wyzwanie, dlatego też otulam się nią mocniej, wzdrygając się na samą myśl o opuszczeniu mojej bezpiecznej przystani, a co dopiero wyjściu na dwór. Całe szczęście wolna sobota umożliwia mi pozostanie w zamku na cały długi dzień, a ciche pochrapywanie dobiegające z pozostałych łóżek w naszym dormitorium upewnia mnie tylko, że podobne plany powzięli także inni.
Dopiero po jakimś czasie słyszę przeciągłe ziewnięcie i zaspany głos Zabiniego:
— Ale koszmar…
Odwracam się w jego stronę i dostrzegam, że chłopak łypie nienawistnie w stronę okna, w które z każdą kolejną minutą uderzają coraz mocniejsze fałdy śniegu, jakby dotychczasowy wiatr powoli zamieniał się w potężną wichurę. Na dodatek obleczoną śnieżnym balastem.
— No — przytakuję i obydwoje w tym samym momencie podciągamy kołdry ku górze, tak, że widać jedynie nasze głowy i czubki palców zaciśnięte na brzegu materiału. Mieszkanie w lochach ma jedną potężną wadę — jest tu cały czas zimno, co w lecie jest dla nas zbawieniem i ucieczką od gorących temperatur, teraz stanowi okrutny koszmar.
— Masakra — jęczy ponownie Zabini. — Jakby zaraz miało rozsadzić te okna i normalnie zacznie śnieżyć o tutaj — wskazuje palcem na wnętrze naszego pokoju wyraźnie zniesmaczony.
Przez chwilę panuje zupełna cisza, przerywana tylko delikatnymi odgłosami oddechów śpiących osób.
Potem pytam:
— Wszystko gra?
Niby obojętnie, niby tylko po to, by podtrzymać rozmowę, ale tak naprawdę wracam pamięcią do kilku ostatnich tygodni, które wcale nie były dla nas łatwe. Ani dla mnie, ani widocznie dla Zabiniego, który przechodził naprawdę dziwny i niezrozumiały dla mnie okres. Na szczęście tak pamiętna interwencja Pansy przyniosła odpowiednie rezultaty i Zabini naprawdę ma się lepiej, przynajmniej na zewnątrz, a jego zachowanie względnie wróciło do normy.
Blaise tylko wzrusza lekko ramionami.
— No raczej — odpowiada natychmiast całkiem entuzjastycznie.
A ja wpatruję się w niego i próbuję odgadnąć, czy mówi prawdę, czy jest to tylko i wyłącznie gra pozorów, którą chce mnie zmylić, by nie rozmawiać o tym, co go męczy. Zaczynam zastanawiać się od kiedy zaczęło interesować mnie życie innych ludzi i ich problemy, gdy swoich mam aż zanadto, ale w końcu dociera do mnie, że akurat los tej jednej osoby nigdy nie był mi obojętny. Ale świetnie udawało mi się okłamywać nawet samego siebie.  
— To dobrze. — Nie dręczę dłużej tematu, chociaż mam niemiłe przeczucie, że powinienem. Może zapytać, może pomęczyć jeszcze trochę, ale akurat w tym momencie przystaję na zdawkową odpowiedź.
I tak milczymy dalej. Aż do śniadania, na które przychodzimy już całkiem późno, bo wydostanie się spod ciepłych kołder naprawdę stanowiło zadanie ledwo wykonalne.
Kiedy spieszymy opustoszałym korytarzem, dostrzegam, że nie tylko śnieg za oknem zwiastuje zbliżające się święta. Gdzieniegdzie widnieją już potężne choinki oprószone lekko sztucznym śniegiem, sufity przyozdabiają potężne girlandy i kolorowe łańcuchy, a echem niosą się po korytarzu świąteczne piosenki.
— Wracasz na święta? — pyta z pewnym momencie Blaise, a ja natychmiast zaprzeczam.
— Nie sądzę. Dalej nie wiem, co tam się dzieje — przyznaję szczerze, bo wiadomości z domu nie miałem od samego początku semestru i gdyby nie informacje od Maxine, dalej trwałbym w zupełnej nieświadomości i nie wiedział nawet, czy żyją. Ktokolwiek z nich. — Ty?
Zabini także zaprzecza.
— Nie tym razem. Matka pląta się po świecie i w sumie nie wiem, kiedy znajdą czas coby wrócić chociaż na chwilę.
— Napisała coś więcej? — pytam dalej, bo chłopak ma to szczęście, że jego sowa co jakiś czas jednak pojawia się w Wielkiej Sali w porze porannej poczty i przynosi chociaż zdawkowe informacje.
Kręci głową.
— Na razie nie, ale jest dobrze, cnie — mówi natychmiast. — Gdyby stało się coś ważnego, no wiesz, to Prorok zaraz by huczał i wszyscy by plotkowali. A na razie jest cisza.
Nie mogę się nie zgodzić. Od dłuższego czasu wszystko milczy, jakby świat zupełnie zapomniał o tym, że on wrócił. Naprawdę wrócił, a Śmierciożercy każdego kolejnego dnia prowadzą wojnę z jego przeciwnikami i zdecydowanie nie zamierzają przestać.
Potem uświadamiam sobie, że ja także do nich należę, że jestem jednym z nich. Spoglądam ukradkiem na lewe przedramię obleczone teraz grubym, szarym swetrem i wzdrygam się na samą myśl, że tuż pod nim wypalony został jego znak — na zawsze, aż do śmierci.
Tuż przed wejściem do Wielkiej Sali zaczyna robić się nieco tłoczniej, a z wnętrza pomieszczenia dobiegają podniesione podekscytowane głosy i odgłosy świątecznej muzyki, jakby święta były już teraz. Wszyscy uśmiechają się do siebie nawzajem, widać, że nastrój, mimo koszmarnych temperatur na zewnątrz, jest niezwykle radosny, co zaczyna przyprawiać mnie o mdłości i zaczynam żałować, że w ogóle zdecydowaliśmy się na wyjście z dormitorium.
Przeciskamy się prędko przez grupki pierwszorocznych przyklejających zaklęciami jakieś ozdoby do ścian i wieszających ozdoby na świeżo ustawionych drzewkach. Śnieg, który do tej pory tkwił na poszczególnych gałęziach, zaczyna się topić i pod choinkami powstają niewielkie kałuże.
— Bałagan, znowu bałagan — dociera do nas podniesiony, skrzeczący głos Filcha i nie mam wątpliwości, że w ciągu kilku kolejnych chwil dokuśtyka tu poirytowany i będzie wręczał każdemu po kolei ścierki do sprzątania po sobie.
— Musimy pomyśleć o tym skrzacie — mruczę w stronę Zabiniego, a na jego ustach natychmiast pojawia się uśmiech pełen aprobaty dla moich słów.
— A nie mówiłem? Mielibyśmy teraz śniadanie w łóżku, a tak, musimy przeciskać się przez te żałosne świątecznie uradowane kreatury. Jakby było co świętować…
Głos Zabiniego niknie, gdy przekraczamy próg Wielkiej Sali. Świąteczne ozdoby na korytarzach, w porównaniu z tym, co mamy tutaj, to tylko wierzchołek góry lodowej. Potężnej góry lodowej i obawiam się, że może to być dopiero początek, wszak do samego Bożego Narodzenia zostało jeszcze całkiem sporo czasu.
Stoły każdego z domów, mimo całkiem wczesnej pory, zwłaszcza sobotniego poranka, wypełnione są prawie po brzegi, a zewsząd dochodzą nas podekscytowane rozmowy na tematy wszelkie, jakby wszyscy powoli odchodzili pamięcią od codziennych zajęć i obowiązków, i już myśleli o wolnym od szkoły.
Zajmujemy nasze miejsca na końcu stołu i zdawałoby się jako jedyni milczący w pomieszczeniu, zabieramy się za posiłek, ignorując narastający gwar dokoła. Ile można?
Kiedy kilka minut później Teodor Nott opada na miejsce obok Zabiniego i klepie go radośnie po plecach, ten tylko wzdryga się zniesmaczony i obdarza przybyłego litościwym spojrzeniem.
— Co jest, do cholery? — jęczy Blaise z pełnymi ustami, marszcząc czoło.
— Też miło cię widzieć, Zabini. — Nott uśmiecha się szeroko w naszą stronę i przysuwa do siebie pusty talerzyk. Potem jakby nigdy nic sięga po kolejne potrawy, nucąc cichutko pod nosem.
Zwariował. Teodor Nott zwariował, myślę, przypatrując się uważnie chłopakowi, który zachowuje się dzisiaj zdecydowanie nienaturalnie, jakby ten pieprzony, świąteczny nastrój udzielił się także jemu.
— Przerażasz mnie, stary — kwituje Blaise, potem wraca do jedzenia, ale co jakiś czas zerka niepewnie w stronę niewzruszonego Notta. — Normalnie nie wiem, co myśleć…
Nott nie daje mu dokończyć.
— Lepiej nie myśl za wiele, tylko powiedz, która naiwna niewiasta dała się zaprosić na dzisiejszy wieczór komuś takiemu jak ty.
Szeroki uśmiech ponowie pojawia się na ustach Notta, a przez kilka długich sekund Blaise spogląda na niego pytająco, jakby zupełnie nie wiedział o co chodzi. Potem przy naszym stoliku rozlega się głośny, przeciągły jęk, Blaise unosi się lekko na swoim miejscu i ponownie opada mocno zrezygnowany. Kilkukrotne uderzenie głową w blat stołu upewnia mnie, że dzisiejszego wieczora ma stać się coś naprawdę ważnego, a ja nie wiem co i dlaczego chłopak reaguje aż tak intensywnie.
Rzucam pytające spojrzenie w stronę Notta, a ten nie czeka ani chwili z wytłumaczeniem.
— Nasz drogi Blaise wybiera się dzisiaj na bal świąteczny ze swoim uroczym kółkiem wzajemnej adoracji u swojego ulubionego profesora Slughorna, nieprawdaż, Blaise?
Obydwaj przyglądamy się teraz uważnie chłopakowi, który łypie na nas błagalnie, jakby któryś z nas mógł coś zdziałać w tej kwestii.
— Więc jak, Blaise, masz już swoją parę, czy dalej szukasz jakiejś partnerki?
— Kurwa, zupełnie zapomniałem — szepcze Zabini. — Może po prostu to oleję, nikt nie zauważy…
— Tak się składa — przerywa mu Nott, wypijając kolejny łyk gorącej herbaty — że Teodor Nott jak zwykle przybywa z pomocą. Proszzzz, laska akurat czekała przed wejściem — chłopak rzuca na stół czerwono-białą cukrową laskę, a już w kolejnej sekundzie składanka najróżniejszych przekleństw wydobywa się z ust coraz bardziej poirytowanego Blaise’a.
— Idiota.
— No co. — Nott wzrusza ramionami, robiąc zdziwioną minę. —  Jakieś małolaty dekorowały nimi choinki przed drzwiami, to pomyślałem, że się przyda…
— Pieprz się, Teodorze — mruczy pod nosem Zabini i natychmiast wstaje od stołu. Potem wyraz jego twarzy diametralnie się zmienia, nie jest już wściekły, a coraz bardziej zmobilizowany i chętny do działania. — Pansy, muszę znaleźć Pansy — mówi sam do siebie i nie zwraca już uwagi ani na naszą obecność, ani na podłużny cukierek na blacie stołu.
Wybiega z Wielkiej Sali, a ja zostaję sam na sam z nienaturalnie rozbawionym Teodorem Nottem i zaczynam zastanawiać się, czy potęgujące się wewnątrz niemiłe uczucie jest spowodowane samym brakiem zaproszenia do hogwarckiej elity czy faktem, że cząstka mnie naprawdę chciałaby się tam znaleźć.


***

Kiedy wieczorem wracam do lochów, specjalnie wybieram dłuższą drogę, taką, która prowadzi nieopodal sali, w której odbywa się świąteczne przyjęcie Slughorna. Już z daleka słychać głośne dźwięki muzyki i noszące się echem głosy rozmawiających ludzi. Zastanawiam się, jak trzyma się Blaise i czy Pansy mimo usilnych błagań, by znalazł kogoś innego na tę „farsę i spęd niedorobionych Gryfonów”, dała się w końcu przekonać.
Jestem już blisko, kiedy zza uchylonych drzwi do jednej z sal wybiega roześmiana para trzymających się za ręce Puchonów. Gdy mnie dostrzegają, na sekundę peszą się, a po chwili już znikają za rogiem, jakby przyłapani zostali na jakimś niecnym uczynku. Ja wciąż powoli wlokę się naprzód i zaczynam mieć wątpliwości, czy to na pewno dobry pomysł i wmieszanie się w elitarny tłum będzie naprawdę takie proste.
Okazuje się, że nie jest.
W pewnym momencie znikąd wyrasta przede mną rozjuszony Filch i nim zdążę cokolwiek zrobić, chwyta mnie za ucho i ciągnie w kierunku elegancko ozdobionych, otwartych na oścież drzwi, za którymi odbywa się świąteczna impreza.
Nie, nie, nie. Tylko nie to, myślę i próbuję w jakikolwiek sposób wydostać się z pułapki i czym prędzej zniknąć wszystkim z oczu.
Na marne.
— Wkradanie się bez zaproszenia — mruczy pod nosem, spiesząc coraz bardziej. — Zobaczymy co profesor na to powie, zaraz zobaczymy…
— Ale ja mam zaproszenie — rzucam prędko. — Jestem uczniem profesora Slughorna, przyjaźnił się z moim dziadkiem.
Filch prycha głośno, a jego silne palce zaciskają się mocniej na moim uchu tak, że mam wrażenie, że utrata czucia, a potem słuchu jest wręcz nieunikniona.
— Tak, tak, panie Malfoy. Wszyscy tak mówią.
— Ale… — próbuję dalej, ale milknę, gdy oto stajemy w samych drzwiach potężnego pomieszczenia i wszystkie oczy w jednej chwili zwracają się ku nam.
Przygotowana na przyjęcie sala robi ogromne wrażenie. Zewsząd migają kolorowe lampki, z sufitów zwisają srebrno-czerwone łańcuchy, a ustrojone choinki sięgają aż do sufitu, zwieńczone ruszającymi się w rytm muzyki aniołami. Sala wypełniona jest po brzegi rozbawionymi ludźmi, do tej pory tańczącymi, rozmawiającymi i próbującymi najróżniejszych przysmaków, które ustawione zostały na długich stołach przecinających salę wzdłuż. Teraz wszystko jakby zatrzymuje się, a każda twarz zdaje się być skierowana w naszą stronę.
Moją i Filcha.
Kurwa, jęczę w myślach i potężnie żałuję, że w ogóle wpadłem na pomysł plątania się w pobliżu tego miejsca.
— Panie profesorze, panie profesorze — skrzeczy donośnie Filch, machając wolną ręką w stronę Slughorna, który właśnie zajęty jest namiętną rozmową z Potterem.
Tylko nie to.
Na większości twarzy dostrzegam kpiące uśmieszki, a potęgujące się szmery upewniają mnie tylko, że właśnie tego wieczora tematem numer jeden będzie zdecydowanie incydent z moim udziałem.
Na moje własne życzenie.
— Panie profesorze, ten chłopak kręcił się tuż pod salą i uważa, że był zaproszony — oznajmia woźny, gdy Slughorn pojawia się tuż obok nas.
Nim Slughorn zdoła coś powiedzieć, odzywam się natychmiast:
— No dobra, przyznaję się — oświadczam, prostując się pewnie, bo Filch w końcu zabiera ode mnie swoje obleśne paluchy. — Nie mam zaproszenia, próbowałem się wkręcić. Mogę już iść?
— Nie ma mowy — woła kategorycznie Filch. — Plątanie się o tej porze jest surowo zabronione, chyba że ma się wyraźne pozwolenie profesora, a jak już wiemy, ty go nie masz, chłopcze…
Nagle do wszystkiego wtrąca się Slughron, wyraźnie zdeprymowany, że coś tak żałosnego przerywa mu przyjęcie.
— Ależ nic nie szkodzi, Argusie — mówi spokojnie, klepiąc woźnego po ramieniu. — Przecież nic się nie stanie…
— Otóż stanie się i to dużo się stanie — przerywa mu Filch.
I zapewne targowaliby się dłużej, gdyby nie pojawienie się jej. Znowu.
Potem pobrzmiewa jej znajomy, irytujący głos i wszyscy zwracają się w jej stronę.
— Draco, nareszcie — woła Shacklebolt, przeciskając się w naszym kierunku przez otaczający tłum. — Wszędzie cię szukałam, ile można czekać na swoją osobę towarzyszącą, hmm?
Uśmiecha się leciutko, gdy tylko staje przy nas, chwyta mnie za rękę, a kiedy jej dłoń dotyka mojej, pojawia się niemiłe uczucie na przemian z tym miłym, pożądanym.
— Panie profesorze, przepraszam za zamieszanie, ale Draco ma to do siebie, że wszędzie gdzie się zjawia, lubi robić wielkie wejścia, nieprawdaż?
Uśmiecha się słodko w moją stronę, ale w jej zielonych oczach widzę, że każdy pojedynczy gest stanowi dla niej zadanie niebywałe — fałszywe działania nie są mocną stroną Octavii Shacklebolt.
Musi się jeszcze wiele nauczyć.
— W takim razie chyba wszystko jasne. — Słyszę jeszcze usatysfakcjonowany głos Slughorna. Nim się obejrzę, Shacklebolt ciągnie mnie za sobą jak najdalej od powstałego zbiegowiska, a ja nie robię nic, by ją powstrzymać. Szczerze mówiąc, nawet tego nie chcę.
Dopiero kiedy dziewczyna zatrzymuje się w mniej zatłoczonym miejscu, pytam szorstko:
— Co to było, do cholery?
Twarz Shacklebolt przybiera już zwyczajny wyraz, a ironiczny uśmiech pojawia się natychmiast na jej ustach. Lustruje mnie intensywnym wzrokiem, który zdaje się przenikać mnie w głąb, stanowczo za daleko.
— Zacznij od dziękuję, Malfoy — mówi. — A potem dodaj przepraszam, dobrze wiesz za co. Nie każdy ratowałby twój żałosny tyłek z dobroci serca po tym, co się stało. Ja tak.
Wzruszam ramionami, ignorując większość uwag.
— Nikt cię o nic nie prosił.
Prycha.
— Jak widzisz, nie musiałeś. Nie wszyscy w tym miejscu są tacy jak ty — samolubni, egoistyczni, zapatrzeni tylko w siebie, rzucający zaklęcia na kogo popadnie, próbujący przejąć władzę na twoim…
— Wystarczy, już łapię, serio, Shacklebolt, nie musisz się produkować — przerywam jej w obawie, że ktoś stojący zbyt blisko mógłby coś usłyszeć i wyciągnąć pochopne wnioski.
— Prawda boli?
— Nie bardziej niż twoje zrzędzenie.
— Będziesz musiał jeszcze trochę wytrzymać.
— Niby dlaczego? — prycham, rzucając jej pytające spojrzenie. — Mogę w każdej chwili…
— Jakbyś zapomniał, jesteś dzisiaj moją osobą towarzyszącą, a my właśnie znajdujemy się w części stanowiącej parkiet do…
— Zwariowałaś, Shacklebolt, normalnie cię po… — Dziewczyna krzywi się natychmiast i rzuca mi ostrzegawcze spojrzenie. — Zwariowałaś.
Nim zdołam zaoponować, jej ręka sięga po moją na nowo, a dziewczyna przybliża się do mnie coraz bardziej.
— Ręka, Malfoy — rozkazuje pewnym tonem. — Matko, nie ta. Masz dwie ręce.
— Nie będziesz mi rozkazywać — oświadczam natychmiast. — I w ogóle ja nie tańczę. NIE TAŃCZĘ, Shacklebolt, więc przyjmij do wiadomości…
— Och, zamknij się już. — Sięga po moją rękę władczo, kładąc ją w kolejnej chwili na swojej talii. — I rób to, co ja, a przynajmniej próbuj.
Zaczyna poruszać się w rytm muzyki, nie zważając na nic ani na nikogo, chociaż mam wrażenie, że wścibskie oczy ani na moment nie zaprzestały obserwacji tej żałosnej sceny. I właśnie teraz oddałbym dosłownie wszystko, byle nie znaleźć się właśnie w tym miejscu, o tej właśnie porze.
Shacklebolt milczy dłuższą chwilę, a ja próbuję nadążać za jej ruchami i przy okazji nie spalić się ze wstydu i zachować chociaż resztki godności, które da się jeszcze ocalić. Dopiero teraz zauważam, że dziewczyna ubrana jest w dopasowaną, czarną sukienkę, która zakrywa dokładnie każdą część jej ciała. Długie rękawy sięgają nadgarstków, a dół materiału prawie dotyka ziemi. Mimo wszystko wygląda nadzwyczaj delikatnie, jakby każdy nieostrożny ruch mógł uszkodzić jej posągowe, kruche ciało. Długie włosy spięła dzisiaj w kucyk i tylko kilka nieposłusznych kosmyków opada teraz na jej czoło.
Przestań się gapić, ganię się w myślach i odrywam wzrok od dziewczyny. Spoglądam teraz dokoła, ale mimo moich najgorszych obaw, nikt nie zwraca już na nas uwagi. Na szczęście.
— Jesteś tragicznym tancerzem — mówi w pewnym momencie Shacklebolt, wzdychając niecierpliwie. — Wprawdzie podeptałeś mnie tylko dwa razy, ale w ogóle nie czujesz rytmu. W ogóle.
— Sama się o to prosiłaś, Shacklebolt.
— Każdy popełnia błędy — posyła mi ironiczny uśmiech, ściskając mocniej moją dłoń.
— No właśnie. Każdy.
A ja naprawdę nie chciałem.
— Czy to była próba przeproszenia? — pyta cichutko. — Za tamto?
Wzruszam obojętnie.
— Jak sobie chcesz.
Przewraca oczami wyraźnie zirytowana moją postawą. Jakby spodziewała się po mnie więcej, znacznie więcej.
— Jesteś tragicznym człowiekiem, Draco. I musisz się jeszcze sporo nauczyć o relacjach międzyludzkich.
— I ty chcesz mnie uczyć, Shacklebolt? Ty, która przez cały wieczór nie mogłaś sobie znaleźć nikogo, kto chciałby męczyć się z tobą właśnie tutaj, i dlatego musiałaś poczynić tak desperacki krok, by wykorzystać właśnie mnie?
Mocne uderzenie spada na moje ramię, potem Shacklebolt na nowo ściska moją dłoń, tym razem zdecydowanie mocniej.
— Tańcz, Malfoy. I nie marudź. Jestem chyba jedyną osobą w tym pomieszczeniu, która w ogóle jest skłonna tracić na ciebie czas.
— Jesteś nienormalna.
— I nawzajem — oświadcza, zaciskając usta tak, że tworzą teraz wąską, poziomą linię.
I nic już nie mówi. A ja nie nalegam.

— Przepraszam, że muszę przerwać tak wzruszającą scenę, ale pan Malfoy musi już iść. — Słyszę w pewnym momencie głęboki męski głos i obydwoje odwracamy się w stronę skąd dochodzi. Przed nami stoi Snape, jak zwykle z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, jak zwykle w długiej czarnej szacie, i spogląda  to na mnie, to na Shacklebolt.
— Nic nie muszę — warczę w jego stronę, bo chociaż wcale nie chcę tu być, jeszcze mocniej nie chcę iść z nim i wysłuchiwać żałosnych, nieprzydanych porad zdesperowanego służalca Voldemorta.
— Ale pójdziesz — oświadcza równie spokojnie tonem nieznoszącym sprzeciwu. — To bardzo ważne dla ciebie, Draco.
Prycham, krzyżując ręce na piersi.
— Nie sądzę.
— Nie będę się powtarzał — mówi i po chwili ciągnie mnie za sobą do wyjścia, nie zważając na jakiekolwiek protesty.
Pierwsza napotkana pusta klasa staje się miejscem, w którym Snape zaczyna znów prawić mi morały na temat zachowania bezpieczeństwa mojej misji i nie dania się złapać, co dzisiejszego wieczora nie poszło według niego tak, jak należy.
— Nie możesz narażać się na takie niebezpieczeństwo, Draco — oświadcza. Mierzy mnie surowym wzrokiem, w którym dostrzegam nie tylko gniew, ale o dziwo nienaturalną w jego przypadku troskę. — Najpierw ta sprawa z Katie, teraz to… a co, gdyby ktoś za tobą szedł i widział, co robiłeś, co wciąż robisz…
— Mówiłem, że wypadek Bell to nie moja…
On tylko kręci głową. Wiem, że mi nie wierzy.
— Mogę ci pomóc, Draco. Musisz tylko chcieć tej pomocy i wszystko się uda, obiecuję.
Prycham na kolejne błahe obietnice, które jak zwykle nie będą miały absolutnie nic wspólnego z rzeczywistością.
— Nie potrzebuję twojej pomocy, Snape. Daję sobie radę — kłamię i już zmierzam do wyjścia, bo wiem, że to dopiero początek jego wykładu.
— Złożyłem Wieczystą Przysięgę, Draco — słyszę dokładnie w tym samym momencie, gdy moja dłoń naciska klamkę. Cofam się na sam dźwięk wypowiedzianych słów i tym razem to ja mierzę go wzrokiem, którego zdecydowanie powinien się bać. Nasze losy okazują się całkowicie splątane. — Twojej matce, tuż przed rozpoczęciem semestru. Więc pozwól mi…
— Nie — przerywam mu natychmiast, bo chociaż wiem, co oznaczają jego słowa, nie dam się tak prędko przekabacić. Mam swoje problemy, a to, co zrobił on, co poświęcił, to jego sprawa. — To nie mój problem… Będzie pan musiał ją złamać, znaleźć inną ofiarę swojej wielkoduszności.
— Wiesz, że nie mogę — mówi, zbliżając się nieco w moją stronę. Już nie rozkazuje, teraz mam wrażenie, że jego słowa to prośba skierowana tylko i wyłącznie do mnie. Kolejne życie w moich rękach, a przecież ja nie daję rady, już nie wiem, co robić…
Wzruszam obojętnie, byle dał mi spokój. Nie mam już na to siły.
— Twoje decyzje, Snape. Twoje życie.
I gdy przekraczam próg pustej klasy, mam nadzieję, że już ostatecznie, Snape oznajmia głośno i wyraźnie:
— Dzisiaj wieczorem, w moim gabinecie, panie Malfoy. Skorzystasz z mojego kominka. Wracasz do domu.
Nie odwracam się, nie reaguję, chociaż wewnątrz wszystko zdaje się szaleć, a najróżniejsze emocje toczą ze sobą zacięty bój. I tylko w głowie kołatają dwa słowa Snape’a:
Do domu. Do domu.  






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz