piątek, 12 maja 2017

Rozdział 10

Słoneczny wrzesień dobiega końca nim zdążę się obejrzeć, a jego miejsce zajmuje październik, który już od pierwszego dnia swojego panowania oświadcza jasno i wyraźnie, że pogoda nie będzie nas rozpieszczać. Deszcz nie ustępuje od samego rana, a mocno zachmurzone niebo w żadnym wypadku nie daje nadziei na jakiekolwiek polepszenie. Dlatego też zdecydowana większość uczniów kręci się bezcelowo po zamku przez cały dzień, a ci zmuszeni do wyjścia na dwór i uczestniczenia w zajęciach w plenerze przeklinają wszystko dokoła, nie szczędząc złorzeczących słów. Filch sterczy wytrwale przy drzwiach wejściowych z miotłą w ręce i wyczekuje na kolejną turę uczniów wracających z zajęć zielarstwa czy opieki nad magicznymi zwierzętami, którym już niedługo ze złośliwym uśmiechem na ustach wręczy po kolei miotłę i ścierkę do posprzątania wszechobecnego teraz błota.
Mijam go bez słowa, podążając za Zabinim do Wielkiej Sali, gdzie za chwilę powinna rozpocząć się kolacja. Gdy tylko stajemy w progu, dociera do nas tupot spieszących kroków i wrzaski, które docierają zza uchylonych lekko drzwi wyjściowych — wracają. Dudnienie deszczu przeplata się teraz z podniesionymi głosami i chlupoczącymi krokami, a gdy pierwsza grupka uczniów staje w korytarzu, zostawiając na posadzce obfite plamy błota i ściekającej z ich ubrań wody, Filch zagradza im drogę prawie natychmiast.
— Stać, ani kroku dalej — krzyczy przejęty i wyciąga w stronę dwójki zmarzniętych Puchonów starą miotłę obleczoną u dołu brudną szmatą. Nie sądzę, by na wiele zdał się ten ułomny przyrząd czyszczący, ale sądząc po minie woźnego, nie spocznie póki każdy z uczniów nie wykona swojego zadania. — Wyczyścić po sobie, porządnie, Larson… patrz, ile niesiesz błocka…
Kilkanaście sekund później kolejka jest już tak duża, że część z nich musi stać na zewnątrz i czekać na swoją kolej. Podniesione głosy wypełniają teraz korytarz. Kiedy zimno z dworu dociera do nas, wzdrygam się i ruszam dalej. Mija nas podenerwowana McGonagall, do której najwyraźniej dotarło zawzięte działanie Filcha, które zaczynało narażać nie tyle zdrowie, co po części życie uczniów.
— Jest w swoim żywiole, cnie? — śmieje się Blaise, skinając w stronę podekscytowanego swoją rolą woźnego.
— W końcu ma co robić — stwierdzam.
Zajmujemy wolne miejsca przy końcu stołu, z dala od innych Ślizgonów i czekamy kilka dobrych minut na pojawienie się pierwszych półmisków z jedzeniem. Spoglądam na Blaise’a, który odkąd tylko zjawiliśmy się w Wielkiej Sali wpatruje się w niewielki arkusz pergaminu leżący przed nim na stole. Potem pytam:
— Co to?
Chłopak przerywa dotychczasową czynność, podnosi głowę i dopiero, gdy skinam w stronę pergaminu, tłumaczy:
— Ach, to… wiadomość od matki, dostałem wcześniej i próbuję wykrzesać z niej coś więcej niż te parę zdań, które powtarza od początku roku…
Słucham uważnie każdego słowa Zabiniego, mając nadzieję, że w jakiś niezwykły sposób wiadomości od jego rodziców będą miały jakikolwiek wpływ na to, co dzieje się z moimi. Nie wiem jak i dlaczego miałoby się tak stać, ale po prostu muszę chwytać się strzępków nadziei nawet tam, gdzie nie ma najmniejszego prawa ich być.
—…musi tu być coś więcej niż „wszystko w porządku, nic się nie dzieje, uważaj na siebie” — cytuje fragmenty wiadomości, które powtarzają się za każdym razem. Widać, że z każdym słowem jest coraz mocniej poirytowany, co w zupełności rozumiem.
— Pewnie nie może więcej napisać — stwierdzam po chwili ciszy, gdy Blaise wyciąga z kieszeni różdżkę i dźga coraz mocniej w pomięty już list.
Zaprzecza natychmiast.
— Może i nie może, ale to moja matka, na pewno coś chce mi przekazać, tylko muszę odkryć, w jaki sposób zamaskowała to przed tymi idiotami sprawdzającymi cudzą korespondencję — wzdycha, obracając teraz kartkę i przyglądając się jej odwrotowi. Spoglądam na pochyłe pismo Marii Zabini i przypominam sobie pierwszy i jedyny list, który dostałem od matki pierwszego dnia września, kiedy wszystko zaczęło się walić. Potem nie odezwała się ani razu, ja też nie pisałem, by przypadkiem nie sprawić jej niepotrzebnych kłopotów i nie pytać o zbyt wiele.
Teraz dzięki Maxine mogę być nieco spokojniejszy o to, co dzieje się z Narcyzą Malfoy, a przynoszone przez skrzatkę co tydzień informacje upewniają mnie, że na razie nic jej nie grozi i mam czas. Jeszcze mam czas.
Zerkam na zegarek, który oznajmia, że właśnie nadeszła szósta. Nagle stoły wypełniają się półmiskami pełnymi najróżniejszego jedzenia, a dokoła rozlegają się westchnienia i odgłosy pełne ulgi, jakby spora część uczniów miała już prawie umierać z głodu.
— Nareszcie — jęczy Blaise i sięga jedną ręką po pusty talerzyk, na którym po chwili piętrzą się kanapki i kilka łyżek smażonego boczku. Chwyta w dłoń widelczyk i napycha sobie usta po brzegi, nie zwracając uwagi na nic poza swoim listem. Drugą ręką wciąż wodzi po pergaminie, jakby miało to cokolwiek zdziałać. — Kurwa… — klnie cicho, lecz pełne usta sprawiają, że brzmi to jak bliżej nieokreślony dźwięk. Przełyka i dopiero wtedy powtarza znacznie głośniej, lecz nie na tyle, by ktokolwiek z nauczycieli mógł dosłyszeć: — Kurwa, nie może być…
Podnoszę wzrok znad swojego talerza i unoszę pytająco brwi.
— Nie wydaje ci się dziwne, że ostatnio jest tak cicho? — pyta. — Żadnych głośnych newsów, żadnych szokujących informacji o aresztowaniach czy łapankach, cnie? Jakby nic się nie działo.
Wzruszam ramionami. Nie miałem ostatnio zbyt wiele czasu, by zajmować się czymkolwiek poza próbami dostania się do tej przeklętej szafy oraz planowaniem spożytkowania obecności Maxine w Hogwarcie, która mogła być dużo bardziej użyteczna niż na początku mi się zdawało.
— Może rzeczywiście nic takiego się nie dzieje. Od czasu aresztowania ojca i reszty, chyba nie było jakiejś większej afery.
— No i to właśnie niedobrze — oświadcza pewnie Zabini, wwiercając we mnie wzrok, jakbym to ja był odpowiedzialny za taki stan rzeczy.
— Niedobrze? — pytam niepewnie, mając zupełnie odmienne zdanie.
— Bardzo niedobrze, stary. Bo to musi być cisza przed burzą i nim się obejrzymy zrobi się taki syf, że nikt się nie pozbiera — mówi. — Dlatego muszę to sprawdzić… — składa list na pół i wsuwa do kieszeni —…na pewno coś tam ukryła. Na pewno.
— Próbowałeś wszystkiego?
Blaise kiwa energicznie głową. Próbuję przywołać w głowie sposoby odczytywania ukrytych wiadomości czy sposoby ich szyfrowania, ale nic nie przychodzi mi teraz do głowy.
— Jak coś wymyślę to dam ci znać — obiecuję, notując w pamięci, by w wolnej chwili naprawdę o tym pomyśleć. Nie sądzę, by przypuszczenia chłopaka były zgodne z prawdą, ale z drugiej strony nie zaszkodzi sprawdzić. Nigdy nie wiadomo, co może się przecież zdarzyć.
— Dzięki — mruczy pod nosem coraz bardziej rozgoryczony, potem milknie, wgapiając się w swój talerz.
Przez kilka kolejnych minut siedzimy w ciszy, a dokoła roznosi się tylko dźwięk sztućców uderzanych o talerze i ciche skrzypienie drzwi co rusz otwieranych przez wchodzących i wychodzących uczniów. Dłubię niechętnie widelcem w zimnej już jajecznicy, co rusz spoglądając na zegarek, który jak na złość nie spieszy się tak, jakbym tego chciał. Zajęty błagalnym pospieszaniem wskazówek, nie zauważam, że do naszej dwójki dosiadają się w pewnym momencie Crabbe i Goyle, a chwilę później pobrzmiewa nad nami monotonny głos Teodora Notta:
— Zabini, ten młodzieniec ma do ciebie pewną sprawę.
Podnoszę wzrok znad zegarka i dopiero wtedy zauważam, że zrobiło się tu całkiem tłoczno, a przynajmniej na tyle ciasno, by zaburzyć moje poczucie własnej przestrzeni. Nott opada na puste miejsce obok Zabiniego, a tuż za nim dostrzegam roztrzęsionego pierwszoroczniaka, którego skądś kojarzę, ale nie mogę przypomnieć sobie skąd. Mierzę go surowym wzrokiem, co wzbudza w nim jeszcze większe podenerwowanie, odwraca naprędce wzrok od nas wszystkich i skupia się na Blaisie, który o dziwo nie jest zbyt zainteresowany jego obecnością.
— Czego? — rzuca szorstko, przeżuwając potężny kęs wypchanej po brzegi kanapki.
Chłopiec wyciąga w jego stronę rękę, w której trzyma niewielkie zwitek papieru, a kiedy Zabini odbiera od niego przesyłkę, znika szybciej niż się pojawił. Pociąg, myślę. I już wiem, skąd kojarzę żałosnego posłańca Slughorna.
Zabini zapewne także domyśla się, co znajduje się w środku i otwiera zwitek z nienawiścią i zmęczeniem wymalowanym na twarzy.
— Wiedziałem… — jęczy, mnąc papierek w szczupłych palcach i wsuwa czym prędzej do kieszeni.
— Kiedy? — pyta Nott obojętnym tonem, chcąc wypełnić ciszę, która teraz staje się nieco niekomfortowa.
— Jutro. Kolacyjka o osiemnastej trzydzieści… — parska Blaise.
— Myślałem, że je lubisz — uśmiecham się złośliwie, wodząc wzrokiem po sali i obserwując jak chłopiec podchodzi do wybranych uczniów i przekazuje profesorskie notki. Jeszcze niedawno wciąż przejmowałbym się brakiem takiego zaproszenia, ale teraz nie ma to dla mnie większego znaczenia. Nie mam zamiaru łasić się i prosić o atencję miernych profesorów, kiedy mam do zrobienia coś znacznie ważniejszego.
— Uwielbiam — sarknięcie Blaise’a wzbudza we mnie leciutkie wyrzuty sumienia, które ulatniają się już po chwili.
Szósta trzydzieści. Nareszcie, myślę i odkładam widelczyk na talerz z niedojedzonym posiłkiem.
— No widzisz — mówię i mrugam do niego zaczepnie. — Dasz radę, stary, kto jak nie ty? Patrz… — wskazuję w stronę stołu Gryffindoru, zarówno Blaise, jak i Teodor, odwracają się, wodząc za moim palcem — Potter i reszta już się szykują na przyjęcie.
Przez chwilę obserwujemy, jak złota trójca Gryffindoru, odchodzi od stołu i znika za drzwiami, otrzymawszy chwilę wcześniej przesyłki od tego samego posłańca.
— Weasley? — prycha Nott. — Chyba śnisz, ani razu go nie było, nie? — spogląda na Zabiniego, który natychmiast przytakuje.
— On na pewno nie, ale Granger stała się nową maskotką Slughorna od samego początku — mówi .— Wierz mi, stary, nie chcesz brać udziału w tym cyrku — dodaje, widząc lekkie zaskoczenie na mojej twarzy.
Skinam głową i wstaję z miejsca.
— Zdecydowanie nie chcę — oświadczam pewnie.
Blaise mierzy mnie sceptycznie wzrokiem, potem pyta:
— Znowu?
Przytakuję. Wzdycha, potem unosi rękę na pożegnanie.
— Randka? — pyta leniwie Nott, unosząc głowę znad gazety, którą czyta równocześnie prowadząc zaciętą rozmowę z Goyle’m na temat jego manier przy stole, a raczej ich braku.
— Jasne — kwituję. — Ktoś musi przypilnować, coby Potter ładnie się na jutro ubrał.
Odwracam się od nich czym prędzej i opuszczam coraz bardziej zatłoczone pomieszczenie, by udać się prosto do nieczynnej łazienki, gdzie Maxine powinna już na mnie czekać.
Nareszcie.

***

Kiedy wchodzę ostrożnie do łazienki, oglądając się raz po raz za siebie i sprawdzając, czy aby na pewno nikt mnie nie śledził, skrzatka stoi posłusznie w kącie pomieszczenia bez ruchu i bez słowa. Zamykam za sobą drzwi, potem wyciągam różdżkę i celuję w zamek.
Colloportus — mówię, a już w następnej sekundzie rozlega się ciche brzęknięcie w mechanizmie zamka, oznaczające jego zablokowanie.
Potem ruszam prędko w stronę Maxine, mając szczerą nadzieję, że tym razem dowiem się czegoś istotnego, bo chociaż do tej pory zapewniała mnie, że z matką wszystko w porządku, mam wrażenie, jakby coś mi umykało.
— Maxine? — Przyglądam się jej uważnie przez moment, nie uchodzi mojej uwadze, że ciało skrzatki jest z każdym kolejnym razem w coraz gorszym stanie, jakby siniaki i otarcia rozprzestrzeniały się nadzwyczaj szybko i zdobiły teraz nie tylko głowę, ale także wychudzone ręce i nogi. Mimo to Maxine szczerzy się szeroko, jakby sama moja obecność stanowiła dla niej nagrodę, czego zupełnie zrozumieć nie potrafię, a nad czym dywagować nie mam najmniejszego zamiaru. Ignoruję więc żałosny stan stworzenia i stoję władczo nad nim, potem polecam stanowczo: — Bez histerii i krzyków, rozumiesz?
Skina energicznie głową, nie odrywając ode mnie wzroku.
— Mów, Maxine… — zaczynam i natychmiast rozlega się jej roztrzęsiony głos.
— Paniczu Malfoy, Maxine wszystkiego pilnuje, tak jak panicz polecił… wszystkiego… — wyznaje przejęta, składając ręce jakby do modlitwy i wystawia je w moją stronę. Ignoruję jej żałosne gesty i słucham dalej —… pani Malfoy ma się dobrze, zupełnie bez zmian, ale Maxine boi się, że oni się domyślają, że wiedzą, gdzie Maxine znika co tydzień…
— Jak to? — pytam zaskoczony.
Skrzatka spuszcza przerażony wzrok, drobiąc nerwowo w miejscu.
— Maxine podsłuchała przypadkiem, jak pani Malfoy mówi do pani Lestrange, że Maxine jest złym skrzatem i pani ma rację, zupełną rację — jęczy przeciągle. — I że trzeba ją ukarać za ciągłe spóźnianie się z piątkową kolacją, czyli dziś… i dlatego Maxine kara siebie za każdym razem, tak, jak polecają i robi to codziennie, ale paniczu Malfoy, jeśli wiedzą o paniczu, to panicz też nie jest bezpieczny…
Analizuję naprędce słowotok skrzatki, wodząc beznamiętnym wzrokiem po jej ciele po raz kolejny i odkrywając na nowe coraz poważniejsze zranienia, nieudolnie zaklejane kawałkami taśmy klejącej. Mimo takiego stanu dostrzegam jeden element, który natychmiast wywołuje we mnie dziwnie ciepłe uczucie i ledwo powstrzymuję się od uśmiechu pełnego politowania. Brudna szmatka, którą owinięte jest ciało Maxine, przepasuje teraz wściekle różowa wstążka, którą do tej pory widziałem wyłącznie na głowie. Na dodatek zawiązana jest w nieudolny supeł, w którym tylko sprawne oko zdoła dopatrzyć się zaczątków kokardy.
— Uspokój się, Maxine — przerywam jej w pewnym momencie spokojnym głosem. — I nie panikuj, nikt się nie dowie, tylko musisz być ostrożna. O której musisz podać kolację? — pytam.
— Siódma, paniczu Malfoy — zdradza przez łzy.
Wzdycham, ignorując wzmagający się płacz.
— W takim razie masz jeszcze piętnaście minut — stwierdzam, spoglądając na zegarek. — Potem wrócisz i zrobisz co trzeba, a po wszystkim znowu chcę cię widzieć tutaj, jasne?
Przytakuje.
— I uspokój się, Maxine, mamy ważne rzeczy na głowie.
Znów potrząsa niepewnie głową i zgodnie z wydanym przeze mnie poleceniem jej ciałko walczy dzielnie z dotychczasowymi emocjami. W końcu staje wyprostowana i wypuszcza głośno powietrze z ust, potem mówi głośno:
— Paniczu Malfoy, Maxine zgodnie z poleceniem słuchała uważnie wszystkiego, co działo się w tym miejscu i Maxine chyba dowiedziała się czegoś ważnego, bo pani Lestrange o niczym innym nie mówi ostatnimi czasy… o powrocie do dworu państwa Malfoyów…
— Jak to? Teraz?
— Niedługo — przytakuje zamaszyście, zagryzając nieco opuchnięte od płaczu wargi. — Bo to wszystko dzięki panu Malfoyowi, on… on zamierza przyznać się do wszystkiego i powiedzieć, że pani Malfoy nie jest niczemu winna i że o niczym nie wiedziała… i wtedy…
—…i wtedy przestaną jej szukać — kończę, a Maxine potwierdza leciutkim skinięciem. Wgapia się we mnie niepewnie, jakby przestraszona mogącą nastąpić reakcją z mojej strony, ale ja trwam przez kolejne sekundy bez ruchu i rozważam, co to wszystko oznacza dla mnie i mojego zadania. Co to oznacza dla całej mojej rodziny. — I będzie bezpieczna — dodaję cichutko, jakby sam do siebie.
— Paniczu Malfoy, ale to nie wszystko — mówi po chwili Maxine, szarpiąc mnie za rękaw koszuli. Znów odwracam głowę w jej stronę, przypominając sobie o jej ciągłej obecności i rzucam jej pytające spojrzenie.
— Mów, Maxine — polecam.
Skrzatka przez dobre kilkanaście sekund kręci się w miejscu, na zmianę przygryzając wargę i wypuszczając powietrze z ust, jakby zastanawiała się, czy aby na pewno powinna wydobyć z siebie jeszcze jakieś dźwięki lub nie była pewna, jak sformułować konkretne zdanie. Coraz bardziej niecierpliwie wpatruję się w jej pomarszczoną twarz i wywracam znużony oczami, gdy ona wciąż milczy.
— Maxine — powtarzam głośniej i ostrzej niż dotychczas, potem łapię ją mocno za ramiona i potrząsam, coby wróciła do względnej normalności. Jej oczy znów unoszą się ku górze i gdy tylko napotyka mój surowy wzrok, nachyla się leciutko i szepcze tak, że ledwo słyszę kolejne słowa.
— Bo on jest bardzo, ale to bardzo zły — mówi, podkreślając jednoznacznie osobę, o której mówi i nie mam żadnych wątpliwości, o kogo może chodzić. Serce zaczyna bić mi znacznie szybciej niż dotychczas, mam wrażenie, że jeśli to wszystko i nie dowiem się nic więcej, oszaleję z niepewności, bo on na pewno wie, gdzie jest moja matka i zrobi z nią cokolwiek będzie chciał. Wbijam mocniej palce w kościste ciało skrzatki, zmuszając ją do dalszego mówienia: — Coś musiało się stać, ale Maxine nie do końca wie co. I coraz częściej bywa właśnie tam, bardzo, ale to bardzo wściekły na wszystkich, nawet na panią Malfoy, a przecież ona jest taka dobra, taka dobra…
Wypuszczam głośno powietrze z ust, aby nieco się uspokoić, potem zabieram ręce od Maxine, a jej wątłe ciało ledwo trzyma się na nogach. Gdyby nie ściana za nią, bez wątpienia leżałaby właśnie na podłodze i próbowała się z niej podnieść.
Przymykam na chwilę oczy, próbując uspokoić nie tyle targane najróżniejszymi emocjami ciało, co umysł wybywający właśnie na coraz dramatyczniejsze wędrówki, a każdy kolejny scenariusz tworzący się w mojej głowie jest coraz gorszy i coraz mocniej odbiera nadzieję na to, że damy radę przetrwać. Wszyscy razem. Ciężko uwierzyć mi w poświęcenie, którego zamierza dokonać ojciec, ale skoro ma to zaważyć na bezpieczeństwie matki, nie mam wyjścia — muszę zaufać mu chociaż w najmniejszym stopniu, mimo iż nie będzie to łatwe. Stracił moje zaufanie już dawno, stracił jakiekolwiek strzępki szacunku i poważania, którym darzyłem go od najmłodszych lat aż do ostatniego roku, gdy okazał się tak zdesperowany i oddany jednemu człowiekowi, ideom niszczącym naszą rodzinę od dawien dawna, że poświęcił wszystko, dosłownie wszystko.
Teraz zamierza poświęcić siebie, ale wiem, że nie na długo. Musi wierzyć, że właśnie on go uratuje i wyciągnie z Azkabanu, tylko dlatego zdecydował się na taki krok. Lucjusz Malfoy nie zrobiłby czegoś takiego bezinteresownie. Nawet dla swojej żony. Nie zrobił nawet dla syna.
On jest tak blisko niej, myślę coraz bardziej przerażony i zastanawiam się, czy właśnie w tej chwili jest skazana na jego obecność. Mam nadzieję, że nie, że to tylko zbyt duża wyobraźnia Maxine i Voldemort zajmuje się znacznie ważniejszymi sprawami.
Z zamyślenia wytrąca mnie poruszona skrzatka, która ciągnie mnie za rękaw coraz bardziej odważnie.
— Czego? — syczę w jej stronę, a ona tylko wyciąga rękę w stronę zegarka na mojej lewej ręce. Siódma.
— Zaraz pójdziesz, Maxine — mówię, wiedząc, że znowu będzie musiała odpokutować spóźnienie. Nie ma to jednak dla mnie żadnego znaczenia. Ignoruję coraz bardziej rzucające się w oczy rany cięte na jej barkach, jedna ciągnie się aż od obojczyka, przez kościstą pierś i zdaje się nie mieć końca aż do poszarpanego brzegu jej tragicznej szaty. — Powiedz tylko wszystko, dokładnie wszystko, co wiesz o nim.
Bierze głęboki oddech i wyrzuca z siebie zdesperowana:
— Czarny Pan, kiedy on przychodzi, Maxine nie ma prawa pojawiać się w lochach, musi siedzieć w kuchni i czekać, aż wszyscy opuszczą dom, wtedy pani Malfoy woła Maxine i znowu może chodzić po całym domu i robić to, co do niej należy, sprzątać, gotować, prać i prasować…
— Do rzeczy…
— Ale Maxine słyszy dużo rzeczy i inne skrzaty w domu też gadają, kiedy myślą, że nikt ich nie słyszy… bo Czarny Pan jest bardzo zły na pana Malfoya za to, że dał się złapać, i na innych śmierciożerców też, że wpadli w pułapkę i teraz nie ma tak dużo ludzi do działania. Ale nie tylko o to, paniczu Malfoy… Maxine słyszała, że nie wszystko idzie zgodnie z planem, że nie wszyscy, których Czarny Pan chce wziąć na swoją stronę i nimi władać, że nie wszyscy się na to godzą… oni go nie słuchają, nie chcą…
Skrzatka przykłada nagle drżące dłonie do ust i kręci głową przerażona. Wiem, że zaraz wybuchnie, a histeria to ostatnie, co mi w tym właśnie momencie potrzebne.
— Wystarczy na razie — mówię szybko. — Wracaj tam i dowiedz się wszystkiego, czego możesz, rozumiesz? I zachowuj się tak, jakby nic z tego nie miało miejsca. I pamiętaj, nigdy tu nie byłaś, nigdy ze mną nie rozmawiałaś, tak? — rzucam jej wymowne spojrzenie.
Potwierdza skinieniem głowy.
— Wróć za godzinę — polecam jeszcze nim ciche pstryknięcie rozlega się w opustoszałym pomieszczeniu.
Gdy zostaję zupełnie sam, osuwam się wzdłuż zimnej ściany na jeszcze zimniejszą posadzkę i chowam głowę w dłoniach. Nie wiem, co robić, nie wiem, co się dzieje i dlaczego nikt o niczym mnie nie informuje, nie mówi co dalej robić.
A skoro nie dostaję, żadnych nowych wiadomości, żadnych poleceń od niego, plan musi zostać wykonany. Tylko w ten sposób zapewnię jakiekolwiek bezpieczeństwo matce i sprawię, że on wydostanie ojca z tego piekła. Nie wiem, czy chcę tego ostatniego, po wszystkim co miało miejsce tego lata i co wciąż ma miejsce w mojej głowie, ale potem znów pobrzmiewają w mojej głowie wytłoczone zupełnie niedawno słowa Lucjusza Malfoya: jestem jego ojcem, Narcyzo. Ojcem.
A skoro sprawy przybrały taki obrót, muszę zmienić sposób działania i wziąć wszystko w swoje ręce. Pocieram zimnymi dłońmi o rozgrzaną od emocji twarz i wgapiam się w ciemniejącą przestrzeń przed sobą. Czekam cierpliwie na powrót Maxine, myśląc zawzięcie o tym, co trzeba zrobić, chociaż decyzję podjąłem już na samym początku.
Bez żadnych wątpliwości.
Kiedy skrzatka zjawia się ponownie, podnoszę się z ziemi, by sprawiać wrażenie pewnego i stanowczego, chociaż wewnątrz wcale tak się nie czuję. Mam wrażenie, że jestem coraz słabszy, coraz bardziej bezradny, a przecież doskonale wiem, że muszę to zrobić.
Raz i bezbłędnie. Nie ma tu miejsca na porażkę, na niepewne decyzje, na kalkulowanie prób i błędów, bo zbyt wiele zależy od kilku następnych tygodni.
Biorę głęboki oddech i spoglądam z góry na Maxine, która wygląda znacznie gorzej niż godzinę temu, gdy stała w tym samym miejscu, wypłakując żałośnie oczy. Sterczy prawie bez ruchu, chude ręce zwisają jej wzdłuż ciała, jakby zupełnie pozbawione sił do działania. Oczy skrzatki są mocno podkrążone i jestem pewien, że twarz zdobią nowe szramy, które starała się skleić nieudolnie porwanymi kawałkami taśmy. Wzdrygam się na myśl, co musiało stać się w trakcie tej godziny, ale milczę. Przełykam ślinę, która zaległa mi w gardle i myślę: to tylko skrzat, nic więcej.
Potem znowu w to wierzę.
— Maxine, teraz posłuchasz mnie bardzo uważnie — mówię spokojnym, zdecydowanym tonem, jeszcze raz analizując w głowie plan, który decyduję się wcielić w życie. I ona mi w nim pomoże. — I wszystko, co tu usłyszysz, zostanie tylko między nami, rozumiesz?
Skrzatka przytakuje posłusznie, wgapiając we mnie wielkie, niebieskie oczy i spijając każde kolejne słowo z moich ust.
— Wspaniale — wzdycham. Nie mam innego wyjścia. — Więc zrobisz dokładnie to, co ci powiem, Maxine…

***

Korytarz Hogwartu nocą zdaje się być zupełnie wyludniony, dlatego też nie spieszę się z powrotem do lochów. Już dawno powinienem był się w nich znaleźć, ale potrzebuję chwili sam na sam z własnymi myślami, bez ludzi, bez wymagających i oczekujących spojrzeń, bez pytań i nieudzielanych na nie odpowiedzi. Szlajam się bez celu kilkadziesiąt minut, napawając się wszechobecną ciszą, dręczony wewnątrz coraz nowszymi wątpliwościami, które jak na złość, właśnie teraz postanowiły burzyć konsekwentnie wszelkie aspekty mojego planu.
Skoro głównym zamierzeniem całego zadania powierzonego mi przez Voldemorta była śmierć Dumbledore’a, tak też się stanie — niebawem. Nie mogę czekać, nie teraz, kiedy on tak mocno zagraża wszystkiemu, na czym mi jeszcze zależy. I kiedy Dumbledore zginie, on będzie zadowolony, osiągnie swój największy i najtrudniejszy cel, a ja w końcu będę mógł zrzucić z siebie ten ciężar i wszystko będzie lepiej.
Musi być.
Decyduję się porzucić na razie rozgryzanie dręczącej zagadki Pokoju Życzeń, które jak na razie było po prostu stratą czasu i pogłębianiem poczucia własnej nieudolności. A skoro miała to być tylko i wyłącznie droga do celu, niech cel stanie się teraz jednym moim zmartwieniem. Dumbledore.
Na samą myśl o nim robi mi się stanowczo zbyt gorąco, chociaż temperatura w zamku nie należy do najwyższych, zwłaszcza teraz, gdy jesienna pogoda do złudzenia przypomina warunki zimowe, a samo wychodzenie na zewnątrz przyprawia o ciarki i podły humor. Sprawnym ruchem luzuję mocno ściśnięty do tej pory krawat, ściągam go i zwijam w dłoni, rozpinając nieznacznie białą koszulę, którą przykrywa jeszcze szary, ciepły sweter. Z każdą chwilą jest mi coraz bardziej nieswojo, jakby droga do lochów ciągnęła się i ciągnęła w nieskończoność i zaczynam powoli żałować, że nie udałem się tam od razu. Gdy skręcam w prawo na najbliższym rozwidleniu i wypatruję uważnie schodów, które powinny zaprowadzić mnie prosto do lochów, znajduję się o dziwo w zupełnie innym miejscu niż zamierzałem. Przecieram prędko zmęczone oczy i rozglądam się dokoła, a potem zadaję sobie w myślach pytanie, czy to w ogóle możliwe?
Staję przed złotym, postawnym posągiem gargulca, tak znanym i tak niepożądanym właśnie teraz. Wgapiam się w niego przez chwilę, zastanawiając się, czy to jakieś fatum, czy po prostu podświadomość zaprowadziła mnie w miejsce, gdzie właśnie teraz powinien znajdować się on — Dumbledore. Wyobrażam sobie, jak krąży zrelaksowany po swoim gabinecie albo leży w wygodnym łóżku i śpi, nie spodziewając się, że niebezpieczeństwo czyha na niego tuż za rogiem. Nikt nie wie, nikt nie wie, że to ja mam stać się jego końcem.
I nikt mi w tym nie przeszkodzi, obiecuję sobie, a mój wzrok staje się coraz bardziej intensywny, jakby z każdą kolejną sekundą przepełniała mnie pewność siebie, której mocno potrzebuję. Strach, który do tej pory tak dawał mi się we znaki, uleciał w niebyt, zniknął i błagam, by jego miejsce już na zawsze wypełniła stanowczość i wyraźna motywacja, bez których nie będę w stanie zrobić tego, co muszę.
Nie mam innego wyjścia, przekonuję siebie. A po chwili nie muszę już przekonywać, bo wiem i wierzę, że tak musi być. Że tak będzie.
Nie rozumiem, dlaczego do tej pory mogłem mieć jakiekolwiek poczucie zawahania czy skrytej niepewności, skoro nic nie zawdzięczam dyrektorowi tej szkoły i nigdy nie zawdzięczałem. Wręcz przeciwnie, cała jego działalność od sześciu lat skupiała się tylko i wyłącznie na świętym Potterze i jego wywyższaniu. Za każdym kolejnym razem. Bo Potter to, bo Potter tamto…
A ja zawsze należałem w ich mniemaniu do tych gorszych, spisanych na straty, bez dobrej przeszłości i bez szans na dobrą przyszłość. Nie wiedzą tylko, że to, co w ich mniemaniu dobre i moralne jest jedną wielką fałszywością utkaną z pragnień szaleńców, widzących świat ograniczony, ten w biało—czarnych barwach.
Oni nie wiedzą, oni nic nie wiedzą, powtarzam sobie raz po raz. Przymykam leniwie oczy, wyobrażając sobie moment, w którym to ja odbieram mu życie, tak, jak oni odbierali przez te wszystkie lata prawa, szanse, należny szacunek i przemieniali je bez skrupułów w nienawiść i pogardę.
Nigdy więcej.
Kiedy na moje usta wkracza leciutki uśmiech, czuję się o niebo lepiej niż wcześniej. Prawdę mówiąc, nie czułem się tak pewny i zdeterminowany, odkąd pojawiłem się pierwszego września w progach Hogwartu, marny i słaby. Teraz będzie inaczej.

Odchodzę parę kroków z zamiarem udania się prosto do lochów i zrzucenia z siebie całodniowego ubrania. Marzę tylko o tym, by wejść pod prysznic, potem wtulić się w ciepłą kołdrę i odpocząć chociaż przez chwilę. Zasłużyłem.
W pewnym momencie dociera do mnie jednak dziwny dźwięk, jakby ktoś zbiegał po schodach, stawiając wyjątkowo niedbałe, ciężkie kroki. Obracam się dokoła, ale nikogo nie widać. Stąpanie staje się jednak z każdą chwilą coraz donośniejsze, a mój wzrok pada na gargulca u wejścia do gabinetu Dumbledore’a. Nim się obejrzę, skrywam się już za rogiem, tak, by nikt nie był w stanie mnie dostrzec i wpatruję z wyczekiwaniem w stronę posągu. Ten po chwili obraca się powoli, ukazując sporych rozmiarów wnękę, z której w następnym momencie wyłania się Potter.
Mrużę skonsternowany oczy, wodząc wzrokiem za sylwetką chłopaka, który szybkim krokiem zmierza w stronę schodów. Automatycznie sięgam do kieszeni marynarki po różdżkę, zaciskając na niej mocno palce, by w razie potrzeby być gotowy na konfrontację. Zastanawia mnie, co takiego Potter mógł robić w gabinecie dyrektora o tej właśnie porze, ale nic konkretnego nie przychodzi mi do głowy. Moją uwagę zwraca tylko jego twarz, mocno poruszona, jakby podekscytowana i jednocześnie przeszyta strachem. Kiedy znika na stopniach, a do moich uszu nie dobiegają już odgłosy jego stóp, postanawiam zignorować jego żałosną osobę i zgodnie z wcześniejszym planem, wrócić już do dormitorium, ale nie mam zamiaru ryzykować natknięcia się na Pottera dzisiejszej nocy. Cofam się więc parę kroków i wybieram dłuższą drogę do lochów, opatrzoną jednak pożądaną samotnością.
I tak zapewne bym zrobił, gdyby nie kolejna natrętna sylwetka stająca tej nocy na mojej drodze. Zaczynam zastanawiać się, jak to możliwe, że tyle nieszczęść spotyka mnie jednego wieczora.
Potem szepczę:
— Szwędanie się po nocach, Shacklebolt? To do ciebie niepodobne…
Efekt jest natychmiastowy. Dziewczyna, która do tej pory pochylała się żałośnie pod ścianą i wyglądała zza rogu w stronę korytarza, próbując nieudolnie nie zdradzić swojej obecności właśnie w tym miejscu, wzdryga się całkiem zabawnie i wydaje z siebie cichy, przeciągliwy jęk. Potem odwraca się szybko i spogląda na mnie, mrużąc nienawistnie oczy.
— Malfoy — rzuca. Stoi teraz naprzeciwko, zaledwie kilka kroków ode mnie, ale nie zdaje się być zaskoczona moją obecnością, jakby doskonale wiedziała, że tu będę właśnie teraz, właśnie o tej porze.
— Czekasz na kogoś? — pytam, zupełnie nie oczekując odpowiedzi.
Dziewczyna prycha i prostuje się w miejscu, chociaż na nic zdają się jej wysiłki, bo wciąż przewyższam ją prawie o głowę.
— Nie twoja sprawa — mówi pewnie, wodząc wzrokiem po mojej niewzruszonej twarzy.
Wtedy wiem.
— Achhh, więc wszystko jasne — uśmiecham się z politowaniem, kręcąc z niedowierzaniem głową. — Jeśli chodzi o niego — wskazuję kciukiem na posąg gargulca, który stoi już w pierwotnej pozycji, zasłaniając wejście do gabinetu dyrektora — już sobie poszedł. Chwilę temu.
Dziewczyna znowu spogląda na mnie, a na jej smukłej twarzy maluje się lekkie zdziwienie. Długie włosy okalają jej twarz, jak zwykle idealnie ułożone, jakby nie miały prawa wyjść poza ustalony schemat, spływają na ramiona obleczone bordowym sweterkiem, wchodzącym w skład jej szkolnego mundurka. Barwy Gryffindoru powinny razić mnie dość mocno, ale o dziwo, na niej nie rzucają się tak mocno w oczy i nie działają jak płachta na byka. Po prostu są. Dopiero po chwili uświadamiam sobie, jak charakterystyczne są te niepozorne cechy jej wyglądu, bo nawet gdy kilkanaście sekund wcześniej stała do mnie tyłem, pochylona, nie miałem wątpliwości kim jest.
— Potter — oznajmiam kpiąco, w końcu przerywając niezręczną ciszę i odrywając niepotrzebne myśli od niej samej. — Pewnie na niego czaisz się, jak reszta tych wariatek — przypominam sobie zeszłotygodniowe narzekanie Zabiniego na to, że większość idiotek, które do tej pory uganiały się za nim i nie dawały mu żyć, teraz zmieniło front i wybrało złotego chłopca Gryffinodru. — Podobno Potter to teraz ekskluzywna partia, więc śmiało, jak się pospieszysz, jeszcze zdążysz go dogonić…
— Głupek — przerywa mi cichym parsknięciem i krzyżuje ręce na piersiach. — Nie miałam pojęcia, że on tu będzie, a nawet gdybym wiedziała, nic by to nie zmieniło.
Unoszę leciutko kącik ust, kiwając sceptycznie głową i obserwując jak zaczyna się denerwować, jednocześnie próbując zachować twarz. Przybliżam się kilka kroków, tak, że dzielą nas zaledwie centymetry. Jak na dziewczynę, jest nadzwyczaj zabawna.
— Mi nie musisz się tłumaczyć, Shacklebolt — szepczę, nachylając się nad nią ostentacyjnie. — Ale będziesz musiała temu, kto znajdzie cię szwędającą się nocą po korytarzach.
— Myślę, że to też nie jest twoja sprawa, Malfoy — przerywa mi szorstko. — Martw się raczej o siebie i swoje sprawy, które musisz załatwiać o tej porze.
Kpiący uśmiech znika z moich ust szybciej niż się pojawił, zastępuje go wyraz pełen skonsternowania i prędka analiza każdego poszczególnego słowa, ale już po chwili odzyskuję rezon. Przeklinam samego siebie za pozwolenie nawet na moment wytrącenia z równowagi. Przecież ona nie może nic wiedzieć. Wbijam wzrok w jej zielone tęczówki, całkiem rozbawiony.
Słyszę jej przyspieszający delikatnie oddech, przymyka oczy i próbuje się uspokoić. Nie zamierzam jej pozwolić. Kładę ostrożnie dłoń na jej ramieniu, wyczuwając prawie natychmiast drżenie jej ciała. Uśmiecham się pod nosem i mówię:
— W takim razie, ciekawe, co powie Potter na to, że śledzisz nocami najbardziej znienawidzonego przez niego Ślizgona. Hańba dla Gryffindoru, Shacklebolt, wstydź się.
Zabieram dłoń z jej ramienia jak gdyby nigdy nic i wykrzywiam wargi w wymuszonym uśmiechu, który natychmiast znika.
Ona nie odpowiada. Ani słowem.
Mijam więc Octavię Shacklebolt wolnym krokiem i nie odwracam się ani razu, zastanawiając się, co mnie do tego pchnęło. Potem zaczynam zastanawiać się, co ona tam robiła, równie mocno — co robił tam Potter. I dochodzę do wniosku, że Gryfoni to idioci, a skoro ktokolwiek myśli, że zawierzenie w ich ręce losów świata to dobry pomysł, nie zasługuje na miano najpotężniejszego czarodzieja na świecie.
— Ej, stój! — słyszę w pewnym momencie, gdy jestem już spory kawałek od miejsca, w którym zostawiłem rozkojarzoną Gryfonkę. Odwracam się i widzę, jak mknie w moją stronę wyraźnie poirytowana. — Idiota, dlaczego zawsze zachowujesz się jak idiota?
Staje tuż przede mną, zakładając ręce pod boki i mimo sporo niższego wzrostu zdaje się piorunować mnie teraz wzrokiem od góry do dołu. Mam wrażenie, że potężne gromy ciskają we mnie z zielonych, zdeterminowanych oczu. A gdy otwieram usta i już mam zamiar ją zahamować, Shacklebolt wyciąga przed siebie rękę i palcem wskazującym uderza kilkakrotnie  moją klatkę piersiową.
— Ale wiesz, w ogóle mnie to nie obchodzi, zupełnie mnie to nie rusza — potrząsa energicznie głową, sprawiając, że ułożone do tej pory włosy wyglądają, jakby dopiero wstała po dość ciężkiej nocy. Zaczerwienione od emocji policzki sprawiają, że jej zimna i surowa twarz staje się nawet zabawna. — Pomyśl tylko o tym, co widziałeś, Malfoy. Pomyśl — podkreśla wyraźnie, biorąc głęboki oddech. — To nie boli tak bardzo, jak ci się zdaje. Potter, Dumbledore. Po coś tam przecież był, po coś się spotykają o takich porach i nie sądzę, by powodem były sprawy związane z jego wykształceniem.
Potem rzuca mi wymowne spojrzenie, skinając jeszcze w stronę dyrektorskiego gabinetu, którego wejście widnieje teraz w oddali. Nim się obejrzę, Shacklebolt znika za rogiem, a spieszne tupanie upewnia mnie, że biegnie pustymi korytarzami, by jak najprędzej zniknąć z moich oczu.
Stoję skonsternowany jej słowami jeszcze przez chwilę, potem ruszam do lochów.
Cisza przed burzą, przypominam sobie słowa Zabiniego i łączę je z wcześniejszymi uwagami Shacklebolt. Dochodzę do wniosku, że mogą mieć sporo racji. A skoro burza nadchodzi i Dumbleodre jest jej świadomy, musi się na nią mocno przygotowywać. Potter.
Nie wie tylko, że ja wiem — że jestem krok, może dwa przed nim. A już niedługo straci wszystko.







4 komentarze:

  1. Hejka to już tradycja czy tu sobie zdajesz sprawę, że siedzę właśnie na mój ulubionym koniu i kiedy sprawdzałam czy nikt nie dzwonił bo mi się zdawało ze coś wibrowało,resztą mojego wi-fi czytam twoje opowiadanie a Niuniuś podskubuje moje oficreki? ;-) jak wrócó z terenu a To nieznośne stworzenie na którym siedzę obje się sowitą porcją marchwi i jabłek napiszę komentarz do wieczora

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy to jakiś zbieg okoliczności, czy może już jakieś przeznaczenie, ale może powiadomienie wywołało u Cb uśmiech na twarzy :P Podziwiam Twoje hobby i fajnie, że kochasz to, co robisz i sprawia Ci to tyle radości. Aż zazdroszczę ;))

      Usuń
    2. Hej sorry ze nie napisałam ale ubzdurałam sobie że wstawiłam juz komentarz, a on spisany na kartce bezczelnie kurzył się na moim biurku, aż go zwinęlam do kosza... Brawo ja
      " a skoro burza nadchodzi " o tak nadchodzi i.to według moich prognoz dużymi krokami
      Shackelbolt odstawia jakieś nocne włuczenie się po kątach, no jak nic demoralizuje się panienka, a ja wyczuwam jakieś niecne plany
      Monotonia życia Draco i te bezowocne próby wtargnięcia do Pokoju Życzeń tylko upewniły mnie w przekonaniu ze Czarnemu Panu za chwilę wyczerpią się pokłady cierpliwości...
      Zabini z tym swoim wpadającym w pamięć " cnie? " moim zdaniem szlifuje szare komórki i odszufruje list od matki szybciej niż Draco pomyśli o tym ze umiały mu pomóc
      Jednym zdaniem intrygujesz mnie i trzymasz w napięciu kobieto uzależniłam się od twojej historii
      Pzdr i do napisania

      Usuń
    3. Przepraszam za zwlekanie z odpowiedzią, ale miałam kilka dni wyjętych z życia. Ale już jestem i spokojnie, spokojnie, zdarza się. Dla mnie najmilsze jest to, że jesteś i czytasz i że się podoba, nic mi więcej do szczęścia nie potrzeba ;)
      Pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję ;)

      Usuń