piątek, 7 kwietnia 2017

Rozdział 8

Pierwszy tydzień września mija zadziwiająco szybko, jakby czas spieszył nadzwyczaj mocno, przelatując dzień w dzień przez palce. Gdy nastaje sobotnie popołudnie, opadam zmęczony na fotel w Pokoju Wspólnym, w samym kącie pomieszczenia, by skryć się przed wścibskimi i ciekawskimi oczami, których nie brakuje nawet wśród Ślizgonów. Opieram się leniwie na oparciu i przymykam oczy, ignorując wszelkie dźwięki dokoła — chcę choć przez chwilę odpocząć, nabrać sił, chociaż mam wrażenie, że te uszły ze mnie całkowicie przez ostatnie dni.
Już dawno nie byłem tak słaby. Bezużyteczny.
Przed oczami wciąż mam niewzruszoną ścianę na siódmym piętrze, która powoli staje się moim koszmarem, nocną marą — i bezskutecznie próbuję ją poskromić. Znów zaczynam głowić się nad tym, co się dzieje w tym roku i dlaczego Pokój Życzeń pozostaje głuchy na moje błagania. Ale nie znam odpowiedzi i nic, co do tej pory próbowałem zrobić nie działa.
Wciąż.
Zmieniałem formułowane prośby po stokroć, błagałem, prosiłem, czekałem i wracałem na nowo. A gdy potężny mur trwał przede mną niezmieniony, zacząłem rzucać na oślep wszelkie znane mi zaklęcia, przeklinając rozpaczliwie swoją niedołężność i brak umiejętności, które sprowadzą na mnie najgorsze — gniew i karę za poniesioną porażkę. Przed oczami znów staje mi wyniosła postać Voldemorta, przepełnione bezwzględnością oczy i uniesiona różdżka, potem czerwony błysk.
Otwieram oczy natychmiast, dociera do mnie, że mój oddech jest znacznie przyspieszony, a serce bije nienaturalnie szybko. Rozglądam się ostrożnie wokół, ale na szczęście nikt z obecnych w Pokoju Wspólnym nie zwraca na mnie uwagi. Potrzebuję kilku chwil, by się uspokoić i przestać drżeć na sam widok jego postaci.
I tak jest za każdym razem — kiedy tylko przymykam oczy, kiedy tylko próbuję zasnąć, on pojawia się w moim umyśle i często mam wrażenie, że jakimś sposobem nawet tutaj przejmuje kontrolę nade mną — nad myślami, nad ciałem. Zaczynam zastanawiać się, czy nie jest to jego sposób na przypominanie mi o tym, co mam zrobić, a z każdym kolejnym dniem Voldemort zdaje się być coraz bardziej zniecierpliwiony.
Tymczasem ja nie zrobiłem nic, kompletnie nic.
Ucisk w żołądku odrywa mnie na moment od przygnębiających myśli i dopiero teraz uświadamiam sobie, że dzisiejszego dnia pominąłem już dwa posiłki — śniadanie i obiad, a do kolacji zostało jeszcze sporo czasu. Tak samo jak wczoraj, przedwczoraj i zapewne jeszcze wcześniej. I chociaż wiem, że przełknięcie czegokolwiek znów będzie graniczyło z cudem, obiecuję sobie, że dzisiaj udam się do Wielkiej Sali w wyznaczonym czasie kolacji i wmuszę w siebie cokolwiek. Inaczej nie dam rady nawet dożyć dnia mojej śmierci.
Bo wszystko wskazuje, że jej nie uniknę.
Zagryzam nerwowo wargę, by powstrzymać jęk rozpaczy, który chce wydobyć się z mojego gardła. Mam ochotę krzyczeć z bezsilności, błagać o jakąkolwiek pomoc, potem myślę o ucieczce od tego wszystkiego — zastanawiam się jakby to było tak po prostu zniknąć. Czy on w ogóle by mnie szukał? Jak długo dałbym radę trwać w ukryciu? Prycham pod nosem, gdy dociera do mnie głupota bijąca z tego pragnienia. On znalazłby mnie wszędzie — tylko po to, by wymierzyć karę za nieposłuszeństwo, za zdradę, której Voldemort nie toleruje.
Mama.
I wiem, że nie mogę tak zwyczajnie uciec, że nie mogę się poddać, bo to ode mnie zależy jej przetrwanie. I ojca.
Każdego kolejnego dnia po informacji o jego aresztowaniu przeglądałem skrupulatnie Proroka Codziennego w poszukiwaniu choćby strzępek wiadomości, jakichkolwiek wzmianek czy insynuacji, ale prócz tego, że Lucjusz Malfoy został umieszczony w Azkabanie, nie napisali zupełnie nic. Za każdym razem dane było mi odkładać gazetę z ulgą, bo nie napisali o mamie. A to znaczy, że wciąż udaje jej się ukrywać i jest jeszcze bezpieczna.
Błagam w duchu, by stan ten trwał jak najdłużej i wytrzymała jeszcze trochę, aż w końcu ja osiągnę tak upragniony sukces. Jednak z każdą chwilą spędzaną pod Pokojem Życzeń uświadamiam sobie, że po prostu oszukuję samego siebie i nie jestem w stanie nic zrobić.
Zupełnie nic.
Pochylam się nieznacznie w fotelu, próbuję opanować nieregularny oddech i zmusić samego siebie do wymyślenia czegokolwiek. Wiem, że nie mogę się poddać, nie teraz, nie w sytuacji, gdy życie matki jest zagrożone, a ojciec tkwi w miejscu, z którego uwolnienie jest możliwe tylko dzięki Voldemortowi — a ja muszę stanowić zapłatę.
Musi być coś, co pominąłem, myślę. Coś mi po prostu umyka.
Lecz gdy w pomieszczeniu robi się coraz większy ruch i hałas, wiem, że nie jest to miejsce, w którym cokolwiek wymyślę. Znów pojawia się niemiłe uczucie ssania w żołądku, staram się je jednak ignorować i jakoś dotrwać do kolacji. Sięgam więc po torbę, którą rzuciłem wcześniej na ziemię i wyciągam podręcznik do transmutacji. Wzdycham znużony nad pokaźną książką, ale wiem, że mimo wszystko muszę chociaż stwarzać pozory na zajęciach i przebrnąć przez nie aż do ukończenia zadania. Potem będzie już wszystko jedno.
Wyciągam arkusz pergaminu, potem pióro i otwieram książkę, by sklecić chociaż kilka zdań eseju, który muszę oddać w przyszłym tygodniu. A chociaż przeraża mnie perspektywa wykonania całej sterty prac domowych, które nam zadano, postanawiam zacząć właśnie od transmutacji, bo McGonagall nie omieszkała wlepić mi jednego ostrzeżenia za wczorajszy brak przygotowania.
Gapię się bezczynnie w biały pergamin przez kilka minut, staram się zbudować jakiekolwiek zdanie rozpoczynające wywód na temat istoty zaklęcia zmieniającego człowieka w dowolne zwierzę, jednak bez skutku. Szukam w podręczniku inspiracji, ale w końcu łapię się na bezczynnym wodzeniu wzrokiem po raz setny po tym samym zdaniu, którego sens i tak pozostaje mi nieznany.
Wzdycham poirytowany i odkładam pióro na blat stolika, tuż obok ląduje pusty arkusz, a ja zatapiam się bezsilnie w miękkim fotelu.
Zaczynam zastanawiać się, czy nie lepiej byłoby zmusić jakiegoś Ślizgona do wykonania tego zadania za mnie, by nie tracić więcej czasu na te bzdury. Rozglądam się po pokoju, szukając wzrokiem potencjalnej ofiary, ale nikt z tu obecnych nie zyskuje mojej uwagi jako osoba wystarczająco kompetentna, by sklecić choć kilka zasługujących na uwagę zdań.
Millicenta Bulstrode, grupka pierwszorocznych, Crabbe i Goyle, wyliczam. Jestem zgubiony.
Potem widzę ich.
Blaise i Pansy stoją nieopodal kominka, on oparty leniwie o marmurową ścianę, ona z rękami skrzyżowanymi na piersiach stoi naprzeciwko chłopaka, wyrzucając z siebie nieprzerwany potok słów. Po minie dziewczyny nietrudno domyślić się, że jest mocno wzburzona i zaczynam współczuć Zabiniemu, że to akurat on pada teraz jej ofiarą i musi wysłuchiwać zapewne żałosnego marudzenia Ślizgonki. Mam nadzieję, że miejsce, które obecnie zajmuję skrywa mnie wystarczająco, by umknąć jej oczom i nie stać się kolejną potencjalną ofiarą. Nie zniósłbym tego. Nie teraz.
Przecieram zmęczone oczy i ponownie sięgam po pergamin i pióro. Chcąc nie chcąc, coś muszę dziś z siebie wykrzesać, nawet najżałośniejszy tekst, byle móc oddać go na kolejnych zajęciach i mieć spokój na kolejny tydzień. A potem znów stanę przed Pokojem Życzeń i tym razem dam radę — wymyślę co zrobić, by w końcu zadziałał.
Wiem, że łżę namiętnie i tylko próbuję oszukać samego siebie.
Pergamin przez kolejne minuty świeci niezmiennie pustką, po chwili pojawia się na nim niewielki kleks, bo zmów zamyśliłem się i nieuważnie przytknąłem pióro do papieru. Wzdycham nad brakiem jakichkolwiek rezultatów i gdy mam zamiar rzucić to wszystko i spróbować wieczorem, dobiega mnie głos Zabiniego.
— Cóż za ambitny wywód — stwierdza, stojąc nade mną i wodząc wzrokiem po arkuszu. — McGonagall będzie zachwycona, stary, umiesz się już podpisać. Bezbłędnie!
Blaise śmieje się głośno i opada na fotel naprzeciwko, nie spuszczając ze mnie wzroku. Pozostawiam bez komentarza jego słowa, co jest do mnie zupełnie niepodobne. Zaczynam zastanawiać się, czy nie jestem w stanie się odgryźć, czy najzwyczajniej mi się nie chce.
— Ej, Draco, mówię do ciebie! — Blaise nie ustaje, macha do mnie, jakby sprawdzał, czy wciąż tu jestem i dopiero wtedy podnoszę na niego wzrok. — No nareszcie, wszystko gra?
Wzruszam ramionami obojętnie.
— Jestem zajęty — odpowiadam sucho, dźgając końcówką pióra w jeden upatrzony punkt na arkuszu. Czuję, że dziś już na pewno nic z tego nie wyjdzie.
— Właśnie widzę — mruczy Zabini pod nosem. Sięga po mój podręcznik, potem przekartkowuje go nieostrożnie i rzuca z powrotem na stół. — Daj to komuś i będzie po sprawie, cnie?
Prycham i wyciągam w jego stronę pergamin, czym wywołuję jedynie pełen pobłażania uśmiech.
— Tak myślałem. Jak znajdziesz mi kogokolwiek w tym pomieszczeniu, kto będzie w stanie to za mnie napisać, daję dwadzieścia galeonów. I za każdy następny po dziesięć.
Blaise rozgląda się równie intensywnie, jak ja wcześniej, ale widząc jego minę, wiem, że rezultaty poszukiwania są identyczne.
— No dobra — mówi po chwili i znów wgapia się we mnie. — Nie jest to elita intelektualna, ale gdyby zebrali się razem to coś chyba by napisali, cnie?
— Wierzysz w cuda, Zabini? — pytam i w głębi ducha cieszę się, że chłopak znów jest ze mną i mimo wcześniejszej kłótni możemy rozmawiać jak dawniej. Nie zniósłbym kolejnego dnia bezwzględnej samotności, biegając od klasy do klasy, a resztę czasu spędzając na siódmym piętrze. Nie chcę przyznać tego na głos, ale naprawdę go potrzebuję.
— Pansy! — wykrzykuje w pewnym momencie, ale ja natychmiast zaprzeczam.
— Parkinson odpada, stary. Nawet o tym nie myśl — oznajmiam, znów przekartkowując podręcznik w poszukiwaniu odpowiedniego tematu.
Bliase wzdycha, po czym nachyla się nad stolikiem.
— Draco, no weź, przecież ona nie jest taka głupia — mówi. — Do tej pory nie narzekałeś na jej prace domowe, zresztą na nic nie narzekałeś — uśmiecha się do mnie porozumiewawczo, ale ja pozostaję nieugięty.
— Nie.
— Przecież wiesz, że ona zrobi dla ciebie wszystko — próbuje dalej Blaise. Nie wie jeszcze, że wali grochem o ścianę, bo ja już dawno podjąłem decyzję o całkowitym odcięciu się od Pansy Parkinson. Dla naszego dobra — i mojego, i jej.
— Wiem. I właśnie dlatego niech trzyma się ode mnie z daleka — mówię stanowczo, kończąc ten temat. — Nie potrzebuję jeszcze tego problemu na głowie.
Milczymy przez kolejne minuty, a wokół robi się coraz większy gwar i Pokój Wspólny zapełnia się wracającymi z sobotniego odpoczynku Ślizgonów. Większość zapewnie korzystała z kończących się tak szybko ostatnich ciepłych dni tego roku, część spacerowała po zamku i błoniach. Właśnie dlatego nie mogłem ryzykować, by w ciągu dnia wolnego przebywać non stop na siódmym piętrze, bo ryzyko niepożądanego towarzystwa było nadzwyczaj duże.
— Draco, jeszcze jedna sprawa — mówi Blaise, podnosząc nieco głos, bym zdołał go usłyszeć przez gwar dokoła. — Wybacz za tamto wszystko, co mówiłem, cnie? No wiesz, o tym, że znikasz i nic nie mówisz, o tych twoich sprawach. Po prostu całe to zamieszanie z twoim ojcem, kolejnymi aresztowaniami, cały czas się martwię o matkę i ojczyma, bo też są na celowniku i nawet już nie mogę do nich pisać, coby ich nie narażać.
Słucham uważnie każdego słowa i zaczynam mieć lekkie wyrzuty, że nawet nie spytałem o jego rodziców, podczas gdy Zabini interesował się losem moich i mimo wszystko stanowił jakiekolwiek wsparcie.
— Nie ma o czym mówić — odpowiadam szybko, wędrując wzrokiem po zaciemnionym otoczeniu, bo jest mi ciężko spojrzeć w jego twarz właśnie w tej chwili. Potem dodaję: — Jak twoja matka?
Chłopak ożywia się nieco, po tonie jego głosu wnioskuję, że nie ma mi za złe mojego zachowania, chociaż dobrze wiem, że zawaliłem. Nie przywiązuję się do ludzi, najczęściej ich los jest mi mocno obojętny i nie przywiązuję wagi do tego, co zdarzy się w ich życiu. Ale osoba siedząca właśnie teraz przede mną należy do tych nielicznych wyjątków, bo Blaise Zabini jest ze mną od samego początku w Hogwarcie i błagam, by trwał już na zawsze. Rok po roku trzymaliśmy się razem, z każdym kolejnym więź między nami zacieśniała się, a chociaż bałem się, że wydarzenia związane z Voldemortem, jego odrodzeniem i powrotem, zrujnują wszystko — Blaise zdaje się być ponad to i nie przejmować się niebezpieczeństwem i zagrożeniem, jakie płynie z utrzymywania kontaktu właśnie ze mną.
Z Draco Malfoyem, z osobą otwarcie stojącą po stronie ciemności — Czarnego Pana.
— Matce nic nie jest — wyznaje Blaise, dopiero wtedy znów na niego spoglądam, chociaż czuję niemiły ucisk z żołądku, lecz tym razem nie jest to oznaka narastającego głodu. Zaczynam mieć wyrzuty sumienia, że może lepiej byłoby gdyby Blaise nie miał ze mną do czynienia, żeby trzymał się ode mnie z daleka. Byłby bezpieczniejszy. I z pewnością byłoby mu łatwiej. — Mają wprawę w życiu w ukryciu, więc z ojczymem dalej latają i załatwiają pewne sprawy — podkreśla wyraźnie ostatnie słowo. Dobrze wiem, o jakie sprawy chodzi i na czyje polecenie. — Teraz są gdzieś w Norwegii, ale nie pytaj po co i dlaczego… — wzrusza ramionami — nic nie mogła mi napisać.
Przytakuję głową ze zrozumieniem. I tak wie więcej niż ja, chociaż przez cały tydzień próbowałem wyciągnąć ze Snape’a coś więcej niż tylko błahe zapewnienia, że Narcyza Malfoy ma się dobrze. Bez skutku.
— Naprawdę się cieszę, stary — przyznaję szczerze. — Że jakoś dają sobie radę. — Po chwili dodaję: — Niedługo to się skończy, niedługo będzie po wszystkim.
Gdy wypowiadam na głos bezpodstawne zapewnienia, Blaise skina głową, a do mnie dociera fakt, że od wykonania zleconego przez Voldemorta zadania nie zależy tylko los mój i mojej rodziny — ale i wielu innych, które pozostają po stronie Czarnego Pana. Spoglądam na Blaise’a i w pewnym momencie mam wrażenie, że mimowolnie powiem mu wszystko, opiszę każdy szczegół minionych wakacji, zdradzę wszystko, co ciąży mi na duszy i umyśle, i wtedy on będzie wiedział, że ja naprawdę nie mam innego wyboru — i że naprawdę się staram.
Obiecuję, obiecuję, że mi się uda i wszystko będzie dobrze.
Potem znów słyszę Blaise’a:
— Gorzej z rodziną Pansy, aresztowali jej wujka…
— Kiedy? — pytam cicho, zaczynam rozumieć o czym tak zawzięcie dyskutowali wcześniej.
— Wczoraj — mówi. — Jej matkę też prawie mieli, ale jakimś cudem udało jej się zwiać. A Pansy naprawdę mocno to przeżywa…
— Jak każdy — stwierdzam natychmiast, wzruszając obojętnie ramionami, chociaż w głębi duszy wcale nie jest mi to obojętne. Nie mogę dopuszczać do siebie myśli, że ode mnie zależy teraz los tak wielu czarodziejów, po prostu nie mogę.
— Ale Pansy nie jest każdym… — zaczyna Zabini, a w jego głosie pobrzmiewa niemały wyrzut, który w zupełności rozumiem, lecz któremu nie mogę tak po prostu ulec. Nie teraz, nie w sytuacji, gdy kontakt ze mną może przysporzyć tak poważnych problemów i jawnego niebezpieczeństwa, nie tylko ze strony innych uczniów, ale i w świecie poza murami Hogwartu.
Prycham głośno, czym wzbudzam odrazę w sobie samym.
— Jest — oznajmiam głośno i pewnie, a moja twarz pozostaje niewzruszona. — I nigdy nie była nikim więcej — kłamię.
Blaise obdarza mnie oskarżycielskim spojrzeniem, ale nic nie mówi. Ja także milknę. Sięgam po podręcznik do transmutacji, a chociaż tkwi otwarty na moich kolanach przez kolejne kilkadziesiąt minut, nie zaprzątam sobie nawet głowy, by z niego korzystać.
Tak będzie lepiej, przekonuję sam siebie i zdaje mi się, że w pewnym momencie naprawdę zaczynam w to wierzyć. Lepiej im będzie beze mnie.

— Nie wiem, czy masz dzisiaj w planach kolację, ale ja nie zamierzać umrzeć tu z głodu. — Słyszę w pewnym momencie Zabiniego, który podnosi się z fotela i spogląda na mnie wyczekująco.
Z tego wszystkiego zatraciłem poczucie czasu, a głód jakby przestał dawać mi się we znaki. Przypominam sobie jednak o wcześniejszym zamierzeniu, otwieram torbę, by wsunąć do niej pergamin i właśnie wtedy moim oczom ukazuje się pomięty plan zajęć, który tkwi na samym dnie torby.
— Blaise, jaki dzisiaj dzień? — pytam natychmiast i unoszę głowę.
Chłopak spogląda na mnie niepewnie.
— Sobota.
— Która godzina?
— Ósma za dwie — mówi, a jego wzrok zaczyna przebierać coraz bardziej podejrzliwy charakter, jakby miał zamiar jeszcze zapytać, czy na pewno wszystko ze mną dobrze.
— Kurwa! — jęczę, wciskając wszystkie przybory do wnętrza torby i przewieszam ją przez ramię. — Muszę iść.
— Znowu twoje sprawy? — pyta.
Chciałbym.
— Szlaban. U McGonagall. O ósmej.
Nie zwracając już na niego uwagi, ruszam czym prędzej do wyjścia, bo wiem, że spóźnienie się na szlaban u tej profesorki nigdy nie zwiastuje niczego dobrego. Gdy tylko znajduję się na korytarzu, puszczam się biegiem co sił. Ignoruję napotykanych ludzi, znów napierający głód, mój godny pożałowania wygląd i strój, a gdy staję w końcu przed drzwiami gabinetu McGonagall i spoglądam na zegarek, który oznajmia pięciominutowe spóźnienie, wiem, że dzisiejszy wieczór na pewno nie będzie należał do najprzyjemniejszych.
— Jak miło, że zaszczycił nas pan swoją obecnością, panie Malfoy. — Pobrzmiewa w pomieszczeniu surowy głos McGonagall, gdy po chwili otwieram drzwi i wkraczam pewnie do środka. Stoję bez słowa w progu i otaczam wzrokiem jasno oświetlone pomieszczenie, nie mam jednak zamiaru przepraszać. Kobieta zapewne nawet tego ode mnie nie oczekuje, spogląda na mnie sceptycznie znad swoich okularów i w pewnym momencie gestem ręki przywołuje do siebie. — Proszę zająć miejsce obok panny Shacklebolt — mówi. — W parach wykonacie dzisiejsze zadanie i dopiero po skończeniu wszystkiego będziecie mogli wrócić do swoich pokoi, nieważne jak długo wam to zajmie, zrozumiano?
Trzy głowy skinają ze zrozumieniem, ja trwam niewzruszony i wodzę leniwie wzrokiem za kobietą, która wstaje zza biurka i podchodzi do naszych stolików. Jeden zajmuje Finnigan i Thomas, drugi ja i Shacklebolt. Nie zaszczycam dziewczyny nawet jednym spojrzeniem, ale czuję na sobie jej intensywny wzrok.
— Macie przed sobą dokumentację szkoły dotyczącą szczegółowego wyposażenia zamku — oświadcza McGonagall, wyciąga różdżkę z kieszeni szaty i już po chwili na naszych stolikach pojawiają się pokaźne stosy zapisanych kartek i karteczek, wyraźnie nieposegregowane. — Proszę abyście skrupulatnie przeanalizowali każdą kolejną stronę, policzyli i spisali wyposażenie na arkuszach, które macie przed sobą i na koniec poukładali wszystko w kolejności alfabetycznej.
Głośne jęknięcie wydobywa się z ust Finnigana, a McGonagall obdarza go litościwym spojrzeniem.
— Coś nie tak panie Finnigan? — pyta. Podłużna zmarszczka pojawia się na jej czole, chłopak zaprzecza, ale po jego minie widać, że wszystko jest nie tak.
Zaczynam zastanawiać się, ile godzin zajmie nam przejrzenie tego wszystkiego, a co dopiero reszta wymaganych od nas zadań. Dochodzę do wniosku, że sporo i jeśli wyjdziemy stąd przed północą — osiągniemy spory sukces.
Osiągniemy?, myślę i karcę się w duchu, że przychodzi mi w ogóle do głowy myśl, w której ja i jakikolwiek Gryfon zasługuje na określenie my. Nigdy więcej.
— Pani profesor… — zaczyna niepewnie Thomas, wszystkie głowy zwracają się w stronę chłopaka, ten dodaje cicho: — Czy nie możemy użyć do tego, no wie pani, różdżek? Magii? Trochę by nam to pomogło.
Usta McGonagall wykrzywiają się w uśmiechu, gdy Gryfon wyciąga różdżkę z kieszeni i spogląda na nią z nadzieją.
— Świetne pytanie, panie Thomas! — mówi, podchodząc do chłopaka, po czym wyciąga rękę. — Żadnej magii, żadnych różdżek, wszystko ma być zrobione w zwykły, odręczny sposób. Może to was nauczy, że przemoc nigdy nie jest żadnym rozwiązaniem.
— Ale…
Prycham cicho pod nosem, niestety nieco zbyt głośno.
— Jakieś wątpliwości, panie Malfoy? — pyta McGonagall, stojąc tuż przed moim stolikiem. Niechętnie kręcę głową, usta zaciskam mocno, by żadne niepożądane słowo nie wydobyło się z nich tego wieczora. Wiem, że tracę w tym miejscu zbyt dużo czasu i chcę po prostu zakończyć tę farsę czym prędzej. — Wspaniale, w takim razie proszę o pańską różdżkę, panna Shacklebolt także, no już, już, ruchy — pogania nas i chcąc nie chcąc, sięgam do torby, do której wrzuciłem ją, zbierając w pośpiechu swoje rzeczy zaledwie kilka minut temu.
Kątem oka zauważam, że dziewczyna siedząca obok również nie przejawia wielkiego entuzjazmu z oddawania swojej różdżki, ale milczy zawzięcie i po prostu wyciąga rękę w stronę profesorki. Ta wygląda na nadzwyczaj zadowoloną, ale ja zaczynam myśleć, jak długo będziemy tkwić w tych papierach bez użycia magii i dochodzę do wniosku, że wyjście stąd przed świtem będzie naprawdę ogromnym sukcesem.
Przeklinam w myślach tę żałosną szkołę, wiem, że czas ten powinienem spędzić w zupełnie innym miejscu. Chociaż tli się we mnie ta iskierka zwątpienia, czy tym razem cokolwiek zdołałbym osiągnąć.
— Wspaniale — mówi McGonagall, gdy ponownie zajmuje swoje miejsce za biurkiem, na którego blacie widnieją teraz cztery różdżki. — W takim razie proszę zabierać się do pracy, im szybciej zaczniecie, tym szybciej skończycie.
— Z pewnością… — mruczy pod nosem Shacklebolt, a ja w ostatniej chwili powstrzymuję się przed odwróceniem głowy w jej stronę. Wzdycha głośno i sięga niechętnie po pierwszą kartę z całego stosu, po chwili robię to samo i wodzę wzrokiem po zagmatwanych zapiskach.

Sala 48, pierwsze piętro — 29 krzeseł, 14 stolików, 1 biurko nauczycielskie, 2 małe szafki na przybory szkolne, 1 średnia szafa na podręczniki, 1 obraz (Magnus Dante), 1 obraz (Archibald Sole z dziećmi: Vivianne, Anton)…

Ja pierdolę, myślę, kręcąc głową poirytowany. Co za idiotyzm, co za strata czasu.
Przenoszę wzrok na tabelę poniżej, gdzie znajdują się szczegółowe wymiary każdego z przedmiotów, a te także muszę brać pod uwagę przy wypełnianiu arkusza. Chcąc nie chcąc, biorę do ręki pióro, przełykam głośno ślinę i biorę się do roboty, przyrzekając w duchu, że to ostatni raz — już nikt nie będzie w tej szkole traktował mnie w ten sposób.
Gdy po kilku minutach przechodzę do analizowania kolejnej nudnej strony, dobiega do moich uszu krząkanie z boku, które jednak skutecznie ignoruję. Dziewczyna nie poddaje się, jednak ja nie mam zamiaru współpracować z nikim — zwłaszcza z nią. Nie wiem, co jest z nią nie tak i dlaczego ma tak irytującą tendencję do pojawiania się tam, gdzie ja, ale dociera do mnie, że widza ta jest mi zupełnie zbędna. W pewnym momencie kładzie rękę na arkuszu, który właśnie przeglądam, przeklinając w duchu tego, kto robił tak nieczytelne zapiski, i szepcze wyraźnie zbulwersowana:
— Wiem, że trudno ci zrozumieć sens zwrotu praca w parach, ale pozwól, że trochę ci go przybliżę. Dwie osoby współpracują, ułatwiają sobie wzajemnie zadanie, dzięki czemu praca jest wykonana szybciej i obydwie osoby wcześniej ją kończą, tym samym mogą wcześniej skończyć szlaban, hmm?
Mrużę oczy poirytowany, gdy ręka dziewczyny niezmiennie tkwi przede mną i nie mogę kontynuować swojej pracy.
— Imponująca wiedza, Shacklebolt, gratulacje — stwierdzam sucho, próbując wyciągnąć kartkę spod szczupłej ręki dziewczyny.
— Och, zamknij się, Malfoy — mówi. — Możesz choć na chwilę schować swoje wybujałe ego do kieszeni i zachować się jak normalny człowiek.
Przewracam oczami i spoglądam na dziewczynę z niewzruszonym wyrazem twarzy, chociaż wewnątrz pojawia się niemiłe uczucie, że ktoś śmiał zwrócić się do mnie w ten sposób.
— Jaki masz problem, hmm? — pytam, nie oczekując odpowiedzi. Lustruję ją nienawistnym wzrokiem, lecz ten nie robi na Shacklebolt większego wrażenia. Jej oczy są równie nieprzeniknione, widać, że jest mocno poirytowana zarówno mną, jak i faktem, że musi przebywać akurat w tym miejscu.
Prycha.
— Ciebie — szepcze ostro. — Weź się do roboty i wyjdziemy stąd znacznie szybciej. Jakbyś nie dosłyszał — mamy to zrobić razem i oddać jeden poprawny egzemplarz z wszystkimi wyliczeniami.
Kręcę głową, ale nic nie mówię. Dziewczyna gapi się na mnie jeszcze przez chwilę i dopiero gdy skinam niechętnie głową, zabiera rękę.
— Nareszcie… — mruczy i przybliża się nieco do mnie, by mieć wgląd w to, co udało mi się do tej pory zrobić. Nie mając innego wyboru, podsuwam arkusz w jej stronę, ale wiem, że nie łatwo będzie zniżyć się przez następne godziny do tak niskiego poziomu — współpracy z mieszkanką Gryffindoru.
Patrzę uważnie, jak dziewczyna analizuje sporządzone przeze mnie wyliczenia, wzdycham zbulwersowany, gdy bez pytania kreśli na moim arkuszu i zmienia wynik.
— No co — prycha pod nosem — policzyłeś krzesła o tych wymiarach tylko z jednej sali, a jest ich więcej — pokazuje mi kolejne kartki ze stosu — i tu, i tu…
— Świetnie — przerywam jej fascynujący wywód. — Rób jak chcesz, byle szybko. Nie zamierzam spędzić całej nocy na słuchaniu twoich jęków.
Twarz Octavii Shacklebolt przybiera zdegustowany wygląd, jej brwi unoszą się nieznacznie, a wzrok pełen politowania przeszywa mnie na wskroś.
— Chociaż… — szepczę, a kącik moich ust wygina się lekko. W rezultacie pięść dziewczyny ląduje na moim ramieniu, ja brnę dalej: — Jak będziesz ładnie prosić…
— Chciałbyś — syczy przez zaciśnięte zęby, rzucając co chwilę niepewne spojrzenia to na mnie, to na McGonagall, która zdaje się nie zwracać na nas uwagi, wyraźnie zainteresowana treściami znajdującymi się w jej opasłym segregatorze.
— Może…
— Bierz się do roboty, Malfoy — przerywa mi dość głośno i tuż przede mną ląduje spory stos kartek do przejrzenia. Dziewczyna jest wyraźnie poirytowana, lecz jej wzburzona mina wywołuje we mnie swojego rodzaju rozbawienie mieszające się z politowaniem. — I nie zapominaj przez kogo tu jesteśmy, przez ciebie.
— Nie sądzę, Shacklebolt — wypowiadam jej nazwisko z wyraźną pogardą. — Jesteś tu tylko i wyłącznie z własnej głupoty.
— Bo chciałam ci pomóc, kiedy wygodnie leżałeś sobie na podłodze?
— Bo pchasz się tam, gdzie nikt cię nie potrzebuje.
— Rzeczywiście świetnie sobie radziłeś…
— A żebyś wiedziała, że świetnie. Jeszcze chwila i mogłabyś kupować kwiaty na dwa pogrzeby.
Spogląda na mnie z odrazą, ja rzucam jej wyzywające spojrzenie. I czekam.
— Jesteś nienormalny, Malfoy.
— Och, nawet nie wiesz jak bardzo — nachylam się w stronę dziewczyny tak, że wyłącznie milimetry dzielą mnie od jej ciała. Mam wrażenie, że zaczyna leciutko drżeć.
Donośne chrząkanie rozlega się w pomieszczeniu, odsuwam się od Shacklebolt i unoszę głowę ku górze.
— Potrzebujecie pomocy? — pyta sceptycznie McGonagall, spoglądając na nas znad okularów.
— Nie, pani profesor — mówi cichutko dziewczyna. Ja zaprzeczam jedynie ruchem głowy.
— Więc wracajcie do pracy.
Shacklebolt pochyla się nad własnym arkuszem bez słowa. Katem oka dostrzegam zaczerwienienia na jej twarzy i zaczynam zastanawiać się, czy jest to wynik zawstydzenia, czy jednak targającej nią złości. Stawiam, że obydwu naraz.

Gdy ostatnia kolumna w pokaźnym arkuszu zostaje zapełniona, a cały stos kartek leży przed nami uporządkowany, oddycham z ulgą i spoglądam na zegarek. Dwadzieścia po północy.
Tyle zmarnowanych godzin, myślę, podnosząc się z miejsca.
— Możecie iść — oznajmia McGonagall, podając nam nasze różdżki i zbierając wszystkie kartki ze stolika. — I mam nadzieję, że nie powtórzymy już spotkania w takich okolicznościach. Dobranoc.
— Dobranoc — odpowiada Shacklebolt i zasuwa za sobą krzesło.
Thomas i Finnigan wyszli już kilkanaście minut temu, więc we dwójkę opuszczamy gabinet profesorki. Stwierdzam, że nie jest jeszcze tak późno i mogę udać się na siódme piętro, by nadrobić stracone właśnie godziny, a chociaż cisza nocna trwa już od kilku dobrych godzin, nikt nie powinien mnie tam złapać. Ruszam więc w kierunku schodów, lecz gdy Shacklebolt mija mnie bez słowa i zupełnie ignoruje, chwytam ją mocno za ramię. Zupełnie zaskoczony swoim ruchem, nie cofam jednak ręki.
Dziewczyna zatrzymuje się i odwraca w moją stronę z wyraźną niechęcią do mojej osoby. Nim zdąży cokolwiek powiedzieć, wzmacniam uścisk ręki, który z pewnością potęguje ból, ale ona nie daje nic po sobie poznać. Przybliżam się nieco, nie odrywając wzroku od jej zielonych oczu, przepełnionych złością i syczę w jej stronę wściekle:
— Nie mam pojęcia, co uroiło się w twojej głowie, Shacklebolt i co sobie wyobrażasz, i wierz mi, zupełnie mnie to nie obchodzi. Po prostu zniknij z mojego życia i racz nie stawać więcej na mojej drodze, bo jesteś nadzwyczaj irytująca. Nigdy więcej.
Wbijam palce w kościsty obojczyk dziewczyny, na jej twarzy pojawia się grymas bólu. Nic jednak nie mówi.
—  Nigdy więcej — powtarzam, obdarzając ją pogardliwym spojrzeniem. Potem puszczam jej ramię niedbale, dziewczyna cofa się i prawie upada, lecz ja nie zwracam już na nią uwagi.
Podążam w stronę schodów szybkim krokiem, lecz nim stawiam pierwszy krok, dociera do mnie surowy głos z korytarza.
— Panie Malfoy, droga do lochów prowadzi w tę stronę.
Wzdycham coraz mocniej poirytowany i chcąc nie chcąc, odwracam się. McGonagall tkwi w drzwiach swojego gabinetu i wskazuje odpowiedni kierunek. Skinam głową, lecz w duchu przeklinam ją nadzwyczaj, bo kobieta właśnie rujnuje wszystko doszczętnie. Zaciskam usta z cienką linię, mijam Shacklebolt bez słowa i dociera do mnie, że tej nocy już nic więcej nie zdziałam.
Pokój wspólny jest zupełnie pusty, co wcale mnie nie dziwi, bo pora jest dość późna. Wiem, że powinienem iść prosto do sypialni i odespać zaległe noce, gdy tkwiłem bezskutecznie na siódmym piętrze i spałem zaledwie kilka krótkich godzin snem niespokojnym nadzwyczaj, ale tego nie robię. Przecieram zmęczone oczy, dopiero teraz dociera do mnie, że godziny spędzone na przekartkowywaniu stosu nudnych dokumentów były zdecydowanie wykańczające i jestem naprawdę zmęczony. I głodny. Burczenie w brzuchu uświadamia mi, że znów nie jadłem nic przez cały dzień.
A wszystko przez ten bezsensowny szlaban.
Wiem, że nie mogę pozwolić sobie na kolejny. Udaję się więc w sam kąt Pokoju Wspólnego, w moje odosobnione miejsce, gdzie zamierzam zmusić się do napisania chociaż części eseju na transmutację, nad którym tkwiłem przez tyle godzin. Ziewam szeroko i wolnym krokiem zbliżam się do celu, gdy nagle moim oczom ukazuje się zadziwiający widok.
Spoglądam z niedowierzaniem na blat stolika, na talerz wypełniony po brzegi kanapkami i kubek z ciepłą herbatą obok. Przecieram oczy, by sprawdzić, czy to nie senne halucynacje, ale posiłek wciąż tkwi przede mną.
Uśmiecham się pod nosem i czym prędzej zabieram za jedzenie.
Blaise, myślę. I jestem mu ogromnie wdzięczny.
Potem mój wzrok pada na książkę na stoliku i długi arkusz pergaminu. Sięgam po niego czym prędzej i patrzę z niedowierzaniem na gotowe wypracowanie z transmutacji z moim imieniem na samej górze.
Przełykam z ulgą kęs kanapki i dochodzę do wniosku, że Blaise Zabini zasługuje na szczególne podziękowania. Zsuwam się leniwie w fotelu z błogą ulgą i nim się obejrzę, zasypiam.
Tej nocy nadzwyczaj dobrze.




Odautorskie:
Rozdział nieco dłuższy niż poprzednie (mam nadzieję, że nie za długi), jako rekompensata za dwa nieplanowane tygodnie przerwy w publikacji. 
knockturn_alley