piątek, 18 sierpnia 2017

Rozdział 18

O powrót normalnych relacji z Zabinim przestaję się łudzić już po kilku dniach, kiedy ten albo odwraca wzrok za każdym razem, gdy pojawiam się w jego zasięgu, albo spogląda wprost w moją stronę, z niewzruszoną twarzą, jakbym był przeźroczysty — dla niego po prostu nie istniał. W dormitorium pojawia się zaskakująco późno, równie wcześnie wstaje i znika, zapewne po to, by nie musieć przebywać w moim towarzystwie i ryzykować nawet najmniejszej konfrontacji.
Nie odstępuje Pansy prawie na krok i wiem, że chce chronić ją przede mną. Widząc ich razem w porze posiłków czy siedzących i dyskutujących jakby nigdy nic, jest mi najzwyczajniej w świecie żal, że ja jestem tu. A oni tam.
I nie wygląda na to, by czegoś im brakowało.
Każde zajęcia, na których zajmujemy wspólne stoliki, przebiegają tak samo. Ignorowany, zbywany na każdym kroku, niepotrzebny. Tylko Teodor Nott od czasu do czasu lituje się nade mną, podaje potrzebne składniki na eliksirach, czy pyta o prawidłowe sformułowania zaklęć na obronie przed czarną magią, chociaż wiem, że robi to z grzeczności. Nott nie potrzebuje pomocy w nauce, a już na pewno nie ode mnie. Mimo to, jestem mu wdzięczny, bo szeptanie dochodzące od strony nachylonych do siebie Blaise’a i Pansy staje się coraz bardziej irytujące.
— I wtedy ona powiedziała, że może sobie całować tę laskę ile wlezie i że ją to nic nie obchodzi — szepcze Blaise. — A potem wyczarowała stado żółtych ptaków, które atakowały Weasley’a za każdym razem jak się do niej zbliżał. Wyobrażasz sobie?
Pansy chichocze cichutko, zasłaniając usta dłonią. I dopiero, gdy napotyka surowy wzrok Snape’a, milkną oboje, by po chwili znów wrócić do niedokończonej rozmowy.
Koniec zajęć przyjmuję z ogromną ulgą, pakuję książki w ekspresowym tempie, bo mam wrażenie, że przebywanie dłużej w takiej atmosferze doprowadzi mnie do szaleństwa, którego już jestem tak bliski. I nim znikam za drzwiami, rzucam jeszcze okiem na śmiejących się głośno Ślizgonów przy opuszczonym zaledwie przed sekundą stoliku, potem na siedzącą samotnie Octavię Shacklebolt, która leniwie podnosi się z miejsca.
Mimo wszystko, mam wrażenie, że jestem bardziej samotny niż ona.

Samotne posiłki stają się już normą. Staram się, by trwały jak najkrócej, potem znikam, albo na siódmym piętrze w Pokoju Życzeń, albo w bibliotece, w której wciąż nieudolnie szukam rozwiązania problemu z szafką zniknięć, a gdy już mam dość, wyciągam stertę pergaminów od McGonagall i kończę eseje z transmutacji, by zdążyć na czas.
Nie pozostało go już wiele, bo wszystko dokoła co rusz przypomina mi o tym, że Boże Narodzenie nadchodzi nieubłaganie — od skrzatów biegających po korytarzach w strojach mikołajków i śpiewających radośnie kolędy, po pierwszorocznych pałętających się pod nogami w każdym możliwym miejscu i wciskających wszystkim po kolei własnoręcznie robione kartki świąteczne.
Mnę właśnie taką w dłoni i wsuwam do kieszeni, gdzie tkwi już kilka wcześniejszych, gdy w Wielkiej Sali rozlega się nagle potężny szum skrzydeł i znajome pohukiwanie. Poranna poczta.
Nie podnoszę wzroku znad swojego talerza, bo nie spodziewam się żadnej wiadomości. Już nie.
Dopiero gdy ciche plaśnięcie rozlega się tuż obok i mój wzrok ląduje na małej, brązowej sówce, która tupta w moją stronę po zapełnionym jedzeniem stole, dostrzegam niewielki zwitek pergaminu przy jej nóżce. Wyciąga ją w moją stronę i czeka posłusznie aż rozsupłam węzełek. Robię to prędko i natychmiast rozwijam papier.

Draco,
22 grudnia wracasz do domu. Przygotuj się.
Kocham,
Mama.

Potężny kęs kanapki utyka mi w gardle, gdy mój wzrok ląduje na wyraźnie podkreślonych słowach. Przygotuj się. Przygotuj się.
 A to znaczy tylko jedno — że on tam będzie. I że chce właśnie mnie.

Wtedy samotność staje się wybawieniem. Wiem, że nie ma ich przy mnie, a to znaczy jedno — że są bezpieczniejsi. I niczego więcej teraz nie potrzebuję.
Przez kolejne dni skupiam się tylko na jednym — od rana do wieczora przebywam w Pokoju Życzeń, opuszczam go tylko na najważniejsze zajęcia, potem znów wracam i próbuję. Wszystkiego, co przyjdzie mi do głowy, szukam coraz to nowszych sposobów, by przywrócić staremu meblowi dawną świetność.
Na marne. Mimo usilnych starań nic nie przynosi rezultatów.
Spoglądam na martwe ciało brązowego ptaka, które dopiero co wyciągnąłem z wnętrza szafy i znów przed oczami staje mi on, potem pojawia się przeszywający strach, że skończę tak samo.
Dokładnie tak, jak zabity przeze mnie ptak. I nikt nie będzie w stanie mnie uratować.

Mimo to, odpowiedź, którą wysyłam matce, jest twierdząca.

Będę.

Skrobię naprędce na odwrocie pergaminu, zawiązuję go ponownie przy nóżce sowy, która unosi się przez kilka sekund nad stołem, potem porywa zimną frytkę z półmiska i dopiero wtedy znika w chmarze innych. Wodzę za nią wzrokiem przez długie chwile, ale nie żałuję. Nie mogę zostawić mamy samej, zdanej na jego łaskę — gniew i niezadowolenie.
Niech weźmie mnie, za każdą cenę.

***

Piątkowy wieczór przynosi wolne od zajęć. Mogę skupić się wyłącznie na tym jednym zadaniu, chociaż nadzieja, że mi się uda, jest coraz mniejsza, bo sterty książek, które przewalam w bibliotece i tych poukrywanych na regałach w Pokoju Życzeń, są tak samo bezużyteczne, jak cała wiedza, którą wyniosłem z sześcioletniej nauki w Hogwarcie.
— Nic nie da się zrobić — jęczę, uderzając pięścią w szklane drzwiczki prysznica. Ciepła woda leje się bez przerwy, przynosząc ukojenie. Zaledwie na moment, ale potrzebuję chociaż tego. Kieruję strumień wody prosto na zmęczoną twarz, przecieram leniwie oczy i napawam się każdą chwilą, kiedy kojące strugi wody muskają moje ciało, zmywając wysiłek całego dnia.
Bezsilność, która znowu mnie dopada, zżera mnie od środka coraz mocniej. Jeśli nie naprawię szafki zniknięć, nie będę miał innego wyjścia — będę musiał zabić Dumbeldore’a sam, zupełnie bez pomocy, bez chaosu, jaki miało stworzyć przybycie Śmierciożerców do Hogwartu, którzy mieli przejąć zamek tuż po śmierci dyrektora. Przynajmniej taki plan tkwił w mojej głowie przez ostatnie miesiące, ale zupełnie nic z niego nie wychodzi.
A on czeka — mocno zniecierpliwiony.
Wciągam na wilgotne ciało pierwszą lepszą koszulkę, różdżkę wciskam do kieszeni spodni i znów opuszczam dormitorium, chociaż jest już późny wieczór. Za zaciemnionym oknem dostrzegam jedynie padający nieustannie śnieg i próbujący przebić się przez zamieć księżyc. Schodząc po schodach, z każdym krokiem uświadamiam sobie, jak jestem wykończony całotygodniowym wysiłkiem i brakiem snu, ale nie mogę odpuścić, nie teraz.
Za dwa dni muszę być w domu. Gotowy.

Pokój Wspólny wciąż tętni życiem, a w samym rogu, przy stoliku, który zazwyczaj zajmuję ja, dostrzegam całą trójkę — Pansy, Blaise’a i Teodora. Siedzą wygodnie w fotelach i rozmawiają o czymś, śmiejąc się przy tym głośno i popijając podwędzone zapewne z kuchni kremowe piwo. Wydają się tacy szczęśliwi i beztroscy, Pansy uśmiecha się szeroko, poprawia rozpuszczone włosy i w końcu na jej twarzy nie dostrzegam bólu ani zawodu, który towarzyszy jej zawsze w mojej obecności.
Opuszczam Pokój Wspólny niezauważony. I wbrew wszystkiemu — ich widok nieco mnie uspokaja.
Wkraczając na hogwarckie korytarze, pojawia się zupełnie inny świat. Zamek o tej porze jest już zupełnie opustoszały, wszędzie panuje tylko głucha cisza, dlatego muszę starać się, by moje kroki były zupełnie bezgłośne. Nie mogę teraz zwracać niczyjej uwagi i narazić się na konieczność tłumaczenia z mojej nocnej wyprawy.
Szczęście jednak mi sprzyja i po kilkunastu minutach ostrożnej wędrówki, staję na siódmym piętrze, gdzie czeka mnie kolejna noc usilnych starań o przetrwanie. Nie tylko moje. Całej mojej rodziny.
Podchodzę do ściany i już mam zamiar wykonać codzienny rytuał, gdy do moich uszu dobiega cichy dźwięk. Jakby szelest gdzieś w oddali. Odwracam się natychmiast i rozglądam dokoła, wypatrując nawet najmniejszej zmiany w otoczeniu.
Nic jednak nie dostrzegam.
— Kto tu jest? — pytam pewnie i wbijam wzrok w przestrzeń. Nie dostaję odpowiedzi.
Przesłyszało ci się, myślę, masując dłońmi skroń. To wszystko ze zmęczenia.
Gdy kolejne minuty mijają w zupełnej ciszy, znów odwracam się w stronę ściany, przechodzę pod nią trzykrotnie, a po chwili pojawiają się na niej drzwi do Pokoju Życzeń. Oglądam się jeszcze za siebie, czy aby na pewno nikt niepożądany mi nie towarzyszy, ale znowu nic nie dostrzegam.
I dopiero gdy naciskam klamkę, zupełnie znikąd wyłania się ona.
— Wchodź szybko — mówi Shacklebolt, skinając w stronę wejścia. Przyglądam jej się zupełnie zaskoczony. — Ktoś tu idzie, słyszałam kroki — dodaje, widząc moją minę.
Decyzja, którą podejmuję w kolejnej sekundzie nie przyniesie mi nic dobrego, ale wiem, że nie mam wyjścia, bo rzeczywiście — skądś dochodzą kroki, a przyłapanie naszej dwójki właśnie w tym miejscu nie byłoby proste do wytłumaczenia.
Chwytam dziewczynę za ramię, popycham do środka i szybko zamykam za nami. Może właśnie przyszedł czas na wytłumaczenia.
— Co to było, Shacklebolt? — rzucam szorstko. — Co tu, do cholery, robisz?
— Potrzebujesz pomocy, więc pomyślałam, że może w końcu schowasz dumę do kieszeni i pozwolisz mi się na coś przydać.
Prycham lekceważąco.
Jak ona może mi pomóc?
— I dlatego śledzisz mnie nocami?
— Tylko czasami — odpowiada, wzruszając ramionami leciutko. — Częściej w dzień, łatwiej cię wtedy namierzyć.
— Wspaniale. Po prostu wspaniale — sarkam. Potem odwracam się w stronę drzwi i spoglądam przez judasza, by dowiedzieć się, kto także pojawił się dzisiejszego wieczora na siódmym piętrze. — Robisz się coraz trudniejsza do zniesienia, Shacklebolt. Znajdź sobie lepiej inne zajęcie i przestań zawracać mi głowę. Naprawdę mam ważniejsze rzeczy do…
—…zrobienia dla niego? — kończy za mnie, a ja wzdrygam się lekko. Nie odrywam wzroku od niewielkiej szybki, ale czuję jak coraz szybciej bije mi serce i myśli walczą jak oszalałe. Skąd ona wie? I jak dużo wie?
— Nie masz pojęcia o czym mówisz.
Nie odpowiada. Słyszę jej miarowy oddech, wiem, że wbija swój natarczywy wzrok w moją pochyloną sylwetkę i łatwo nie odpuści. Jedno, czego nauczyłem się przez ostatnie miesiące to to, że Octavia Shacklebolt nigdy nie odpuszcza. I ja też nie mogę odpuścić jej — nie teraz, gdy jest tu ze mną uwięziona i w końcu będę mógł poznać odpowiedzi na dręczące mnie pytania.
Kręcę głową, gdy mój wzrok pada na skuloną pod filarem znajomą postać. Wpatruje się intensywnie w ścianę, za którą zniknęliśmy zaledwie przed chwilą i czeka, zapewne łudzi się, że zdoła odkryć moją tajemnicę — jego niedoczekanie. Mam ochotę roześmiać się głośno, sam nie wiem dlaczego. Ale widok zdesperowanego Pottera, chowającego się pod peleryną niewidką i czającego się właśnie na mnie, wprawia mnie w zaskakująco dobry humor.
— Czeka nas niezwykły wieczór, Shacklebolt — oświadczam. Odwracam się do dziewczyny, która tkwi w niezmienionej pozycji i uśmiecham się nonszalancko. Potem ciągnę ją za rękę w głąb zagraconego pomieszczenia i puszczam dopiero, gdy znajdujemy się przy dwóch zakurzonych fotelach. Opadam na jeden i skinam w stronę drugiego. Octavia Shacklebolt posłusznie siada. — Wielki Harry Potter jeszcze przez chwilę będzie tkwił przed tymi drzwiami, więc jestem skazany na twoje towarzystwo przez najbliższy czas. I zamierzam dobrze go wykorzystać.
Dziewczyna przewraca oczami i opiera się wygodniej w fotelu, jakby żadne moje słowo nie wywarło na niej większego wrażenia.
— Nie licz na zbyt wiele, Malfoy. Ale dam ci jedną dobrą radę: wykorzystaj ten czas na swoją korzyść. Masz zbyt wiele do stracenia, żeby dłużej bawić się w te żałosne gierki.
Spogląda na mnie wyzywająco i przez kolejne minuty obydwoje milczymy. Przyglądam się jej uważnie, dochodzę do wniosku, że wygląda nieco inaczej niż przez ostatnie dni, kiedy cała szkoła huczała tylko o jednym — o jej rodzicach, Śmierciożercach. Teraz umknęły gdzieś podkrążone oczy, wybladła cera, skulone ramiona, jakby siedziała przede mną zupełnie inna osoba niż ta, na której obserwowaniu łapałem samego siebie nadzwyczaj często.
Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego, ale przyglądanie się właśnie jej dawało mi dziwny spokój, jakbym znalazł osobę w podobnej sytuacji do mojej, z podobnymi problemami, z podobnym piętnem.
I teraz wiem, że oszukiwałem samego siebie — Octavia Shacklebolt nigdy nie mogłaby być taka jak ja. Jestem złym człowiekiem, ona emanuje dobrem. Tylko jej zielone oczy zieją smutkiem niewyobrażalnym — niezmiennie.
— Jak znaleźli się po jego stronie? — Zmieniam w pewnym momencie temat i chociaż wiem, że podjąłem ten najtrudniejszy z możliwych, nie cofam się. — Twoi rodzice?
Shacklebolt zagryza niepewnie wargę i odwraca głowę w stronę okna. Widzę, jak waha się, czy wypowiedzieć kolejne słowa, czy zachować je dla siebie i tak zwyczajnie udawać, że mnie tu nie ma. Że nie zapytałem.
— To było jakoś trzy lata temu — mówi w końcu. Ma inny głos niż do tej pory. Cichy, przepełniony bólem. — Po śmierci Olivera, mojego brata. Wtedy to wszystko się zaczęło i trwa do dzisiaj.
Chcę powiedzieć, że mi przykro, ale milczę. Słowa grzęzną mi w gardle, a może tak zwyczajnie nie chcę jej przerywać.
— Mama nie umiała tak zwyczajnie pogodzić się z jego śmiercią i nie można się jej dziwić, miał tylko pięć lat i pewnego dnia zniknął z naszego życia. Tak po prostu. Był i nagle… koniec. Mieliśmy go już nigdy więcej nie zobaczyć, nie usłyszeć, nie dotknąć. I mama nie mogła tego wytrzymać. Zamknęła się w sobie, szukała najróżniejszych sposobów, żeby przywrócić go do życia, a ani ja, ani tata nie mogliśmy do niej dotrzeć, wytłumaczyć, że to niemożliwe. Chcieliśmy pomóc jej to przetrwać, pokazać, że sobie poradzimy, ale ona nie chciała, odpychała nas na każdym kroku i powtarzała za każdym razem, że Oliver wróci, że ona znajdzie sposób. — Przerywa na moment, nie odrywając wzroku od okna, za którym szaleje teraz potężna śnieżyca. Przyglądam się uważnie, jak drgają jej powieki, gdy próbuje powstrzymać łzy. Osiąga sukces, żadna nie daje rady przedostać się przez utworzoną barykadę. Potem kontynuuje: — I wtedy pojawili się oni. Wmówili mojej matce, że dla Voldemorta nie ma nic niemożliwego i gdy tylko wróci w swojej najsilniejszej postaci, nic nie będzie w stanie go powstrzymać. I że dla swoich najwierniejszych popleczników nie będzie szczędził wdzięczności za okazane posłuszeństwo. Mama nie wahała się długo, robiła to, co jej kazali, znikała na długie tygodnie, a gdy wracała, miałam wrażenie, że staje się zupełnie inna osobą. I nic nie mogliśmy na to poradzić. Do czasu, gdy nie pojawił się on.
— Voldemort — szepczę.
Kiwa głową.
— Kiedy wrócił do żywych, kiedy pokazał swoje panowanie nad śmiercią, moja matka zupełnie oszalała, nie widziała świata poza nim i poza służbą w jego szeregach. Wierzyła, że skoro on powrócił, drobnostką będzie dla niego przywrócenie mojego brata. Oliver miał znów żyć. I ojciec też w to uwierzył. Zajęło jej trochę czasu, by przekonać go do swoich racji, ale w końcu się udało, i tak oboje dali się wciągnąć w to szaleństwo, podążali za nim bez mrugnięcia okiem, bez krztyny zawahania, gdy na jego rozkaz mordowali zupełnie przypadkowych ludzi, torturowali nieposłusznych czy karali tych, którzy go zawiedli. A wszystko dlatego, że obiecał im coś niemożliwego. I oni nadal wierzą, że tak właśnie się stanie. Że odzyskają syna.
Odwraca głowę od okna i znów spogląda na mnie. Podciąga nogi na fotelu i zaplata ręce wokół kolan. Dostrzegam, że jej dłonie drżą leciutko, pewnie z targających nią emocji. Chciałbym powiedzieć cokolwiek, ale nie wiem, jakie słowa powinny paść teraz z moich ust. Po prostu nie wiem.
— Jak zginął? — pytam w pewnym momencie.
— Oliver? — Przytakuję. Ona wzdycha ciężko. — Trafiło go zaklęcie, nie miał najmniejszych szans na przeżycie. Zły czas, złe miejsce. Aurorzy prowadzili jakąś obławę na potencjalnych Śmierciożerców, w samym centrum Londynu, gdzie moja matka wybrała się na spacer z Oliverem. Jedno z zaklęć trafiło prosto w niego, nie dowiedziono, która strona to zrobiła, czy któryś z Aurorów przekroczył swoje kompetencje, ale Ministerstwo najzwyczajniej musiało zatuszować sprawę. Zła prasa, chyba nie muszę tłumaczyć.
Przytakuję bezwiednie.
— I tak zwyczajnie odpuścili śmierci pięcioletniego dziecka?
— Tak zwyczajnie uznali, że śmierć mojego brata to śmierć jedna z wielu. Nie warta uwagi, a mogąca przynieść Ministerstwu więcej szkód niż mogli sobie pozwolić. — Kiedy nic nie mówię, Shacklebolt dodaje: — Dlatego nie dziwię się mamie, że popadła w taką rozpacz. Nie mogła nic zrobić, po prostu nic. Nikt z nas nie mógł. Błagała nawet samego Dumbledore’a, żeby wstawił się u jakichś szych w Ministerstwie i wymusił doprowadzenie śledztwa do końca. Ale nic to nie dało.
— Więc oferta z drugiej strony barykady okazała się jedyną drogą — mówię.
W tym momencie dziewczyna zsuwa się z fotela i wstaje, by po chwili krążyć powolutku między labiryntami najróżniejszych przedmiotów. Gdy staje w końcu pod oknem i opiera się łokciami o parapet, odpowiada:
— Może nie jedyną, ale na pewno przynoszącą mniej bólu niż inne. Wydaje mi się, że potrzebowali nadziei, że ktoś stanie jednak po ich stronie, że zrozumie i pomoże. Niczego więcej nie potrzebowali.
Obserwuję uważnie, jak Shacklebolt nachyla się w stronę okna, unosi nieco prawą nogę. Potem ją opuszcza. I tak po raz kolejny. Seria niezrozumiałych dla mnie gestów powtarza się przez kolejne minuty, które tkwimy z zupełnej ciszy. Próbuję poukładać sobie w głowie wszystkie usłyszane informacje, a chociaż wiem, że musi być jej niewiarygodnie ciężko, nie jest jedyną osobą, która cierpi, która kogoś straciła, która boryka się z problemami ponad swoje siły.
Ale Octavia Shacklebolt nie oczekuje współczucia. I to cenię w niej teraz najbardziej.
Gdy znów unoszę głowę, dziewczyna siedzi wygodnie na parapecie, przebierając luźno nogami.
— A ty? — pytam wtedy. Dobrze wie, o co mi chodzi.
— Nie wierzę, że stanie po jego stronie może przynieść cokolwiek dobrego, ale z drugiej strony też nie czeka mnie nic, o co mogłabym walczyć. Wszyscy, no, przynajmniej większość, patrzy tylko na siebie i nie obchodzi ich nic poza własnym nosem — mówi. Nie mogę się nie zgodzić. Potem dodaje znacznie ciszej: — Ale najgorsze z tego wszystkiego jest to, że piątego kwietnia nie straciłam tylko Olivera. Straciłam wtedy ich wszystkich i po tych wszystkich latach wiem, że nie jestem w stanie ich odzyskać.
— Może… — zaczynam, ale nie daje mi dokończyć.
— Nie ma żadnego może, Draco. Oni już dokonali wyboru i gdyby wrócili do dawnego życia, nigdy, przenigdy nie wybaczyliby sobie tego wszystkiego, co zrobili. Mama dalej winiłaby się za śmierć Olivera, tata wciąż wyrzucałby sobie, że tego dnia nie poszedł z nimi, że nie zrobił nic, by ocalić jego życie. I chociaż zabrzmi to okrutnie, nie chcę dla nich takiego życia — w ciągłym bólu, samo obwinianiu za wszystko, co miało miejsce, żałowaniu każdego kolejnego przeżytego dnia.
A kiedy nic nie odpowiadam, Shacklebolt zeskakuje na ziemię i rusza w stronę drzwi. Podnoszę się natychmiast i podążam za nią.
— Dokąd to, Shacklebolt?
— Wydaje mi się, że wystarczy zwierzeń na dziś — oświadcza, nie zwalniając kroku. — I tak wiesz już za dużo.
— Nie wydaje mi się. — Chwytam ją mocno za ramię i zatrzymuję tuż przed drzwiami. Nie zwalniam uścisku nawet wtedy, gdy widzę na jej twarzy grymas bólu. — Są jeszcze rzeczy, które musisz mi wytłumaczyć. Nie masz innego wyjścia.
Prycha.
— Bo?
— Bo ja potrzebuję odpowiedzi. A ty i tak nigdzie nie pójdziesz, bo jak widać, Potter urządził sobie słodkie nocowanko na siódmym piętrze. — Skinam w stronę judasza, za którym doskonale widać Pottera skulonego pod ścianą, z wzrokiem nieustannie wbitym w miejsce, w którym zniknęły uprzednio drzwi do Pokoju Życzeń. — Więc chcąc nie chcąc, Octavio Shacklebolt, odpowiesz na jedno podstawowe pytanie: skąd wiesz o zadaniu zleconym przez Voldemorta?