piątek, 26 stycznia 2018

Rozdział 21

Nie wiem, jak długo leżę na kamiennej posadzce w lochach, w zupełnym bezruchu i zatracam się coraz mocniej w natłoku myśli, byle oderwać się od palącego bólu. Wędruję w głąb umysłu, najdalsze zakątki pamięci i niepamięci, a wszystko po to, żeby jakoś przetrwać.
Musi trwać to na tyle długo, by ktoś, tam na górze, w końcu się zaniepokoił.
Słyszę kroki, a potem znów się zatracam i nie umiem już nad tym zapanować. Kiedy wracam po raz kolejny, stąpanie jest coraz głośniejsze, coraz spieszniejsze.
Nikt nie może mnie zobaczyć, to pierwsze co pojawia się w moim półprzytomnym umyśle. I nie wiem, jakim cudem, ale się udaje — drżącą mocno rękę przesuwam w kierunku kieszeni, próbując zignorować narastający ból. Każdy ruch bez rozpaczliwego jęknięcia to spore osiągnięcie. Jest. Dłoń zaciska się na różdżce i gdy kroki są już naprawdę donośne, udaje mi się wycelować nią w drzwi, a chociaż okrutnie drży w zmęczonych palcach, za którymś razem jasny promień przecina mrok w lochach.
Zamknięte. I nikt się tu nie dostanie.
Potem, nim na nowo tracę przytomność, słyszę tylko jeszcze uderzenie różdżki o posadzkę i natarczywe szarpanie za klamkę po drugiej stronie.

Następne co widzę to sufit mojego pokoju obleczony jasną poświatą. Zastanawiam się, jak to możliwe, ale odpowiedź na to pytanie dostaję już w kolejnych sekundach, kiedy odwracam głowę i widzę ją. O dziwo, ból w całym ciele nieco zelżał i chociaż wciąż czuję jak każda część mojego ciała pulsuje, mogę swobodnie oddychać i wiem, że z czasem wszystko wróci do normy. Tak jak za każdym razem.
I aż do następnego.
Zerkam niepewnie w stronę kręcącej się obok mnie skrzatki. Jej ruchy są nieporadne, czasem godne pożałowania, ale mimo wszystko skuteczne. Przyglądam się przez chwilę, jak stąpa na palcach, byle mnie nie zbudzić, jak nabiera na pomarszczoną dłoń nieco za dużo maści i rozsmarowuje ją po nowopowstałych ranach na moim ciele. Wtedy czuję ulgę, jakby to magiczne coś odejmowało ból chociaż na chwilę.
Nie chcę, by przestawała.
Znowu przymykam oczy i napawam się chwilami zupełnego nieczucia, jakby Maxine odbierała ode mnie wszystko, co zbliżało mnie do śmierci. A skrzatka kolejny raz przywraca mnie do życia.
Przełykam głośno ślinę, gdy tylko przed moimi oczami na nowo staje obraz tego, co działo się w lochach. Natychmiast otwieram oczy i moje nerwowe poruszenie się zwraca uwagę zajętej skrzatki.
— Panicz Malfoy… — szepcze zaskoczona i podskakuje w miejscu, wywracając przy tym całe pudełko z gojącą maścią. Schyla się po nie prędko, ale cały czas patrzy na mnie, jakby bała się tego, co zaraz może nastąpić. — Panicz Malfoy powinien odpoczywać — dodaje cichutko i spogląda to na moją twarz, to na poranioną klatkę piersiową.
— Dokończ, Maxine — mówię beznamiętnie. Każde słowo okazuje się być strasznie męczące. Ale muszę zapytać, muszę się dowiedzieć wszystkiego.
I kiedy skrzatka wraca do wykonywanej czynności, a moje ciało znowu zaczyna odczuwać wyraźną ulgę, gdy jej drobne palce rozsmarowując chłodną maść, pytam:
— Co z mamą?
Gdzie jest? I dlaczego teraz jej tu nie ma?, krąży mi po głowie, ale sam nie wiem, dlaczego nie spytam wprost.
Ręka Maxine leciutko drży, mimo to nie zaprzestaje swojej czynności.
— Pani Malfoy była tu cały czas — szepcze, ale trzęsący się głos sprawia, że wcale jej nie wierzę. — A potem kazała Maxine zostać i się paniczem zaopiekować jak tylko Maxine najlepiej potrafi, i Maxine tak właśnie robi, żeby tylko panicz Malfoy…
— Wystarczy, Maxine — przerywam jej. — Gdzie jest teraz? — pytam w końcu.
Przez chwilę w pokoju panuje zupełna cisza, przerywana jedynie krokami skrzatki, która wędruje do stolika i wraca z pękiem bandaży, które natychmiast zaczyna rozwijać.
— Maxine… — ponawiam zniecierpliwiony, a część bandaży wylatuje z jej trzęsących się rąk i ląduje na ziemi.
— Pani Malfoy wyszła — mówi w końcu, kiedy jej wzrok wbity jest w podłogę, a skrzatka nieco zbyt długo zbiera je i ociąga się. Kiedy w końcu się prostuje, dodaje: — Ale pani Malfoy wróci. Zawsze wraca.
Zawsze wraca.

— Maxine, co z tą dziewczyną? — pytam, kiedy w pozycji półsiedzącej tkwię opatulony kołdrą i próbuję przełknąć zupę przyniesioną przez skrzatkę. Jest zbyt gorąca i smakuje nadzwyczaj żałośnie, ale Maxine nigdy nie grzeszyła umiejętnościami kulinarnymi. Wychodzą jej tylko naleśniki. Tylko naleśniki.
Jasna poświata zza okna oznajmia, że zaczyna świtać.
Maxine podaje mi kolejną łyżkę zupy, którą przełykam z trudem.
— Z panną Shacklebolt? — pyta. Przytakuję. Nie wiem, który już raz tej nocy myślę o Shacklebolt zostawionej samej na środku korytarza bez żadnego wyjaśnienia. Chociaż nie, po tym, co zobaczyła, dziewczyna zapewne już wszystko wie — że nie jestem jedynie marionetką w jego rękach. Że tak naprawdę jestem już jednym z nich. I że skrzętnie to przed nią ukrywałem. — Panna Shacklebolt jest niezwykle miła, to naprawdę cudowna osoba i jest taka dobra dla Maxine, zupełnie jak…
Wywracam oczami zniecierpliwiony.
— Maxine…
Skrzatka zatrzymuje rękę, w której trzyma łyżkę w połowie drogi do moich ust i spogląda mi w oczy. Pod wpływem karcącego wzroku czerwieni się leciutko.
— Panna Shacklebolt cały wieczór spędziła na tarasie, gdzie Maxine ją zaprowadziła. I panna Shacklebolt dostała wszystko, co najlepsze w naszej kuchni, Maxine zaniosła jej ciastka i cały dzbanek herbaty, ale panna Shacklebolt nie chciała jeść, więc Maxine nawet zrobiła jej naleśniki, ale wszystkie zostały nieruszone…
— Coś mówiła? — pytam niby od niechcenia, chociaż z każdym słowem skrzatki moje serce bije mocniej. — Cokolwiek o tym, co się działo?
Skrzatka zamyśla się na moment, a ja obserwuję jak kilka kropel zupy skapuje na dywan. Przemilczam ten fakt, czekając na jej odpowiedź.
W końcu kręci głową.
— Nie. Panna Shacklebolt nic a nic nie mówiła. Nie odzywała się do Maxine ani słowem przez caluśki wieczór. Ani słowem. Tylko stała na tarasie oparta o barierkę i tak patrzyła przed siebie bez żadnego słowa. A potem przyszli państwo Shacklebolt i wyszli. A panienka nawet się z Maxine nie pożegnała, ale przecież Maxine to tylko głupi, żałosny skrzat…
Potok słów wylewający się z ust skrzatki przybiera na sile i wiem, że jeśli czegoś nie zrobię, ciężko będzie ją za chwilę powstrzymać.
— Maxine, ta zupa jest okropna — oświadczam sucho i kiwam głową w kierunku miski. Maxine milknie natychmiast, ale jej usta wciąż otwierają się i zamykają, a oczy powoli zachodzą mgłą. Tylko nie to, myślę. Jej żałosny ryk to ostatnie, czego teraz potrzebuję. — Mogłaś zrobić naleśniki — dodaję prędko, nim z ogromnych, niebieskich oczu skrzatki wyleje się niepowstrzymana kaskada łez.
— Naleśniki… — powtarza za mną. — Naleśniki, Maxine zrobi naleśniki…
Wtedy przestaję już słuchać i ruchem dłoni każę skrzatce wynieść miskę z zupą do kuchni. Posłusznie wychodzi, a ja wgapiam się w swoje obandażowane ręce i zaczynam zastanawiać się, dlaczego zależy mi na tym, żeby właśnie Shacklebolt wiedziała, jaka jest prawda.

***

Nie czekam na powrót matki. Kiedy tylko jestem w stanie poruszać się o własnych siłach, wstać z łóżka i spakować najpotrzebniejsze rzeczy z niemałą pomocą Maxine, wysyłam ją do Hogwartu.
— Masz powiedzieć Snape’owi, że o szóstej kominek w jego gabinecie ma być odblokowany. Równo o szóstej się tam pojawię, zrozumiałaś?
Skrzatka przytakuje, a gdy ciche pstryknięcie oznajmia jej zniknięcie, zapada głucha cisza. Ja nasłuchuję, a chociaż wiem, że to niecelowe, bo i tak nic nie usłyszę, mam jakąś głupią nadzieję, że tym razem będzie inaczej. Że mama się pojawi, że będzie chciała wiedzieć, co ze mną, że spróbuje mnie zatrzymać. Ale ona nigdy tego nie robi, i nie wiem, czy tak bardzo przeraża ją fakt, że pod jej dachem ktoś bezlitośnie torturuje jej własnego syna, czy to, że ona nic z tym nie robi.
Ale ja przecież wiem, że gdyby tylko spróbowała się sprzeciwić, skończyłaby znacznie gorzej niż ja. Chcę po prostu, żeby ten jeden raz to ona się mną zajęła. Nie Maxine.

***

Korytarze Hogwartu są zupełnie opustoszałe, co wcale powinno mnie dziwić. Niewiele osób decyduje się zostać w zamku na święta, a ci, którzy już to robią, tkwią zapewne w dormitoriach albo w Pokojach Wspólnych i napawają się przerwą od nauki, wciśnięci w wygodne fotele wgapiają w skrzące ogniem kominki i popijają kremowe piwo. Istny raj na ziemi.
I nawet jeśli nienawidzę tego miejsca okrutnie mocno, wolę być sam tutaj, niż kompletnie samotny w domu.
Z gabinetu Snape’a wychodzę bez słowa, chociaż mężczyzna próbuje mnie zatrzymać i znów wydusić ze mnie cokolwiek. Ale ja nie daję mu żadnych odpowiedzi, a jego oferty pomocy kwituję pełnym politowania uśmiechem. Bo co on może dla mnie zrobić? I co zrobił dla mnie wczoraj?
Nic. Nikt nie może mi już pomóc.
Kiedy wędruję w stronę lochów, zaczynam zastanawiać się, czy nie lepiej byłoby od razu udać się na siódme piętro i spędzić ten czas w Pokoju Życzeń, łudząc się, że tym razem moje wysiłki nie pójdą na marne. Ale nie zawracam. Chcę chociaż przez chwilę pobyć sam w pustym dormitorium i zwyczajnie pomyśleć.
Skręcam w stronę schodów w dół i w pewnym momencie czuję przenikliwy ból.
— Uważaj jak łazisz — burczę pod nosem, cofając się o krok. Potem lustruję nienawistnym wzrokiem postawną sylwetkę Urquharta, który spogląda na mnie równie zaskoczony i równie poirytowany jak ja. — Zejdź mi z oczu, Urquhart.
Prycha lekceważąco, ale mimo wszystko przesuwa się w bok i robi mi miejsce. Mam tylko nadzieję, że nie z powodu mojego żałosnego wyglądu, czy głośnego jęknięcia, które wydobyło się z moich ust w momencie, gdy na mnie wpadł. Mam nadzieję, że to mimo wszystko wciąż wyraz strachu, który budzę.
— Nie wyglądasz za dobrze, Malfoy — mówi, kiedy mijam go bez słowa i powoli schodzę po schodach.
— Jakie szczęście, że akurat tobie nie muszę się podobać — sarkam, nie odwracając się w jego stronę.
— Może Skrzydło Szpitalne? — rzuca niepewnie.
Wtedy wzdycham głośno, przystaję na stopniu i odwracam się w stronę chłopaka stojącego na samym szczycie schodów.
— Urquhart, powiedz mi, co ty tu jeszcze, do cholery, robisz? I co cię obchodzi, jak wyglądam czy nie wyglądam?
Wzrusza ramionami, a z jego zamyślonej miny wnioskuję, że mocno debatuje nad moimi pytaniami.
— W sumie nie obchodzi — przyznaje mi rację.
Ludzie są kretynami.
— Właśnie — kwituję, zastanawiając się, za jakie grzechy musiałem trafić właśnie na niego. — I nie próbuj mnie kolejny raz molestować o ten żałosny Quidditch — wołam przez ramię, pokonując kolejne stopnie. — Mam to w dupie. I Zabiniego też zostaw w spokoju! On ma to jeszcze głębiej — kłamię, bo tak naprawdę nie mam pojęcia, co dzieje się z Zabinim. Ale skoro nawet on nie odpowiada na prośby Urquharta, kapitana drużyny Slytherinu, coś poważnego zdecydowanie musi się z nim dziać.
I mam zamiar dowiedzieć się, co to takiego.
— To akurat już wiem — odpowiada, a w jego głosie czuję, że jest coraz mocniej poirytowany.
— Skąd?
— Z samego źródła — prycha. I nim odwraca się, żeby sobie pójść, dodaje jeszcze: — Właśnie minąłem się z twoim kumplem przy wejściu. I nie chcę cię martwić, ale jest nie w humorze…
Dalsze słowa chłopaka puszczam mimo uszu i teraz już prawie biegnę. Nie mogę dać mu znowu zniknąć, bo to właśnie Blaise Zabini jest osobą, z którą muszę porozmawiać. Z nikim innym.
Jakimś cudem docieram do Pokoju Wspólnego, w którym zastaję kilka pochowanych w kątach grupek Ślizgonów. Oni udają, że nie zwracają uwagi na mnie, ja naprawdę nie zwracam uwagi na nich.
Czuję jak moje serce bije coraz szybciej z przejęcia, kiedy wbiegam po kolejnych schodkach, by dotrzeć do wspólnej sypialni. Nie wiem, dlaczego jestem tak poruszony, ale mam wrażenie, że nie mogę tej szansy wypuścić z rąk. Zwyczajnie nie mogę.
I kiedy otwieram drzwi, staję twarzą w twarz z Zabinim, który podenerwowany drobi między moim łóżkiem a swoim.
W kolejnej chwili ciszę przerywają nasze splecione głosy:
— Stary, musimy pogadać.

***

I rzeczywiście okazuje się, że rozmowa z Zabinim jest tym, czego potrzebowałem od dawna, chociaż nie chciałem tego przyznać ani przed światem, ani przed samym sobą. Ale składając się nawzajem na kawałki, zaczynam dostrzegać, że tak naprawdę Blaise Zabini od dobrych kilku lat jest tym, który trzyma mnie jeszcze w ryzach i nie pozwala rozpaść się na dobre.
— I wyobraź sobie, że w końcu doszedłem do tego, co matka chciała mi przekazać — mówi Blaise, kiedy siedzi na podłodze obok mnie, oparty o ścianę i trzyma w dłoniach jeszcze pełną butelkę Ognistej Whisky. — Zupełnie przypadkiem, stary, to wszystko przez głupi przypadek, ale chyba uratował mi życie. Trzymałem ten list nad jakąś świeczką, nie wiem czemu, ale po chwili na odwrocie pergaminu zaczęły pojawiać się jakieś litery, ale widać je było tylko w cieple. Kiedy oddaliłem kartkę od płomienia, znowu zniknęły. I tak w kółko.
Skinam głową, przypominając sobie, jak kilka miesięcy temu Zabini wspominał o liście, o matce, o swoich podejrzeniach. I czuję ucisk w żołądku, bo mimo obietnic, ja nie zrobiłem nic, aby mu pomóc.
— I co tam było? — pytam, próbując nie okazać, że jest mi zwyczajnie wstyd. Chociaż nie, wstyd to chyba nienajlepsze określenie. Jestem na siebie zły. — W tym prawdziwym liście?
Blaise wzdycha głośno. Upija potężny łyk z butelki, ja robię to samo ze swojej i zaczynam cieszyć się, że Zabini nie pojawił się w pokoju z pustymi rękami.
Potem mówi dalej:
— To także było pismo mojej matki, ale tym razem… ona… chciała mnie ostrzec, wiesz, ona chciała mnie jakoś przygotować na to, co ma się stać niedługo. Ale nie mogła mi tego powiedzieć ani napisać wprost, pewnie on jej zakazał, albo no nie wiem, może bała się, że ktoś z Hogwartu przechwyci wiadomość? Nie mam zielonego pojęcia, cnie…
Głos chłopaka jest niepewny, mam wrażenie, że przy niektórych słowach trzęsie się nieznacznie, jakby bał się tego, co chce powiedzieć.
— Stary, możesz przejść do sedna? — pytam. Ale po chwili zaczynam nieco żałować swoich słów i zastanawiam się, czy nie powinienem dać mu wysłowić się tak, jak będzie chciał. Może byłoby mu łatwiej.
— Chodzi o niego — przyznaje cicho. A potem upija kolejny łyk Whisky i wpatrując się bez ruchu w ścianę naprzeciwko nas, mówi: — On mnie chce, cnie, to znaczy, Czarny Pan, on werbuje kolejnych do swoich szeregów, i matka napisała, że w końcu padło na mnie, że niedługo zostanę wezwany i stanę się jednym z jego Śmierciożerców. Wyobrażasz sobie? — szepcze na koniec.
Przez długie chwile zapada między nami głucha cisza, przerywana jedynie dwoma niespokojnymi oddechami.
Ja zwyczajnie nie wiem, co odpowiedzieć, bo zupełnie nie spodziewałem się takiej odpowiedzi. Zupełnie nie takiej.
— Przesrane, nie? — kwituje w końcu Blaise. Ja kiwam automatycznie głową.
— Przesrane — powtarzam za nim. I znowu dwie butelki Ognistej Whisky wędrują ku górze, by po chwili znów stuknąć lekko o podłogę.
— Ale nie będzie tak źle — oświadczam w końcu, zastanawiając się — jak. Jak pomóc mu przez to przejść, żeby nie męczył się tak, jak ja właśnie wtedy? — Po pierwsze, może do tego czasu jeszcze się rozmyśli, może wydarzy się coś, co będzie dla niego ważniejsze niż przyjmowanie nowych, a po drugie, jeśli już do tego dojdzie… — spoglądam ukradkiem na Blaise’a, który słucha mnie uważnie i łyka każde słowo, jakie pada z moich ust. Wiem, że tym razem nie mogę go zwieść. — Poradzisz sobie, nie masz innego wyjścia. I jakoś przez to przejdziemy.
— Przejdziemy? — pyta zdziwiony.
— Przejdziemy — przytakuję, a mój głos lekko drży. Mam dużo czasu na pertraktacje z samym sobą i zastanowienie się, czy to, co chcę zrobić, jest tym, co powinienem. Ale wiem, że im dłużej będę o tym myślał, tym więcej będę miał wątpliwości. — Powiedzmy, że jeden z nas ma to już za sobą — oświadczam cicho i niby od niechcenia upijam kolejny łyk ognistego płynu, który po raz kolejny dodaje mi odwagi.
Bliase wypuszcza głośno powietrze z ust.
— Chcesz powiedzieć…?
Kiwam głową nim zdoła dokończyć pytanie.
— W ubiegłe wakacje. Nie tylko powierzył mi zadanie, nad którym ślęczę od początku tego żałosnego roku — tłumaczę, a w oczach Zabiniego widzę całkowite zrozumienie. — Musiałem stać się wtedy jednym z nich, wybór był niewielki. W sumie żaden.
— I masz to… — skina w stronę mojego lewego ramienia.
— Mam. Pokazałbym ci, stary, naprawdę niesamowity widok wężowego znaku, ale moje ciało… powiedzmy, że po ostatniej nocy jest trochę nie w formie.
Blaise przygląda mi się pytająco, ale ja zbywam jego troskę machnięciem ręki.
— Nie mamy na tyle Ognistej Whisky, żeby o tym opowiadać — kwituję. — Ale obiecuję ci, Blaise, że jakoś przez to przejdziemy, lepiej lub gorzej, ale jakoś dotrwamy do końca.
I znowu zapada między nami cisza, ale to właśnie tej ciszy najbardziej mi brakowało.
Przymykam oczy i pierwszy raz od długich godzin nie widzę przed sobą koszmarów z domu czy jego tortur z lochów. Nareszcie jest nieco spokojniej.
Tylko moje myśli zaczynają krążyć wokół jednego stwierdzenia: dotrwamy do końca. A przecież ja sam nie wiem czym ma być ten koniec. I co będzie oznaczał.
Dla Zabiniego czy dla mnie.