piątek, 23 czerwca 2017

Rozdział 13

Mimo moich najgorszych przeczuć, nikt mnie nie szuka, nie pyta, nie przesłuchuje w sprawie Bell, jakby wszystko to działo się jedynie w mojej głowie i było wymysłem zbyt bujnej wyobraźni. Siedząc już kolejną godzinę w dormitorium, zaczynam zastanawiać się, czy nie popadam w paranoję. Nikt mnie tam nie widział, więc nikt nie może wiedzieć, że to ja stoję za wypadkiem Gryfonki, za jej śmiercią, za dostarczeniem zaklętego naszyjnika, który stał się jej końcem. Dobrze zacierałem ślady, myślę i próbuję przekonać samego siebie, że nikt się nie dowie.
Nigdy.
Kiedy drzwi do sypialni otwierają się w pewnym momencie, wzdrygam się lekko i wbijam w nie przestraszony wzrok, spodziewając się najgorszego. Dumbledore’a, Snape’a, McGonagall, ich pytań, oskarżeń, domysłów.
— Stary, nie uwierzysz — słyszę po chwili głos Blaise’a i dziękuję w duchu, że to tylko on. I że nic mi nie grozi. — Cała szkoła o tym huczy, normalnie masakra…
Wtacza się powoli do dormitorium, wciąż nieprzebrany z piżamy i okutany kocem, którego poły plątają mu się pod nogami i utrudniają chodzenie. Zwłaszcza, że teraz obydwie ręce Zabiniego wypełnione są górą jedzenia, którą podwędził z Wielkiej Sali. W jednej ręce tkwi tacka zdawałoby się ze wszystkim, co tylko zdołał dostrzec, od kanapek, przez grillowane kiełbaski i jego nieodłączne tosty, a w drugiej potężny dzbanek z herbatą, nad którym jeszcze unosi się para.
— Podobno… — zaczyna, próbując nieudolnie uwolnić jedną stopę z koca, który niefortunnie owinął mu się wokół kostki. Obserwuję z politowaniem jego zmagania i już mam zamiar zlitować się i mu pomóc, gdy uwalnia się i mocnym kopnięciem zamyka za sobą drzwi. — Bell, ta Gryfonka, cnie, oberwała porządnie dzisiaj w Hogsmeade…
Wstrzymuję oddech i wgapiam się w Zabiniego, który kładzie swoją zdobycz na szafce nocnej i przysuwa stolik tak, by stał centralnie pomiędzy naszymi łóżkami.
— Jakaś klątwa czy coś, może jakiś atak, cnie. Nikt nic nie wie, ale wszyscy mówią, że podobno nie jest z nią dobrze…
— Ona nie żyje — szepczę cicho, ale Zabini spogląda na mnie jak na nienormalnego i kręci głową.
— No co ty, stary! To by dopiero była afera. Żyje, ale ledwo, ledwo…
Nie słucham już dalej, bo mam wrażenie, że świat nagle się zatrzymuje i nie dociera do mnie nic poza jedną myślą: ona żyje, żyje, nie zabiłem.
Tylko jak to w ogóle możliwe?

Kiedy kilkadziesiąt minut później, drzwi dormitorium znów się otwierają, znów wzdrygam się, a moje myśli wędrują wokół najczarniejszych scenariuszy. Nie zginęła, ale to nie zmienia faktu, że mogą obwinić mnie za jej stan, myślę. Na szczęście kolejny raz okazuje się, że to tylko moje przewrażliwienie.
Do sypialni wkracza Teodor Nott, który obdarza nas pełnym politowania spojrzeniem. Jest ubrany całkiem elegancko, a długi płaszcz i zaczerwieniona od zimna twarz, wskazują, że dopiero wrócił z dworu.
— Jesteście dość żałośni — oświadcza, uśmiechając się szeroko. Potem rzuca trzymany w dłoni szalik na swoje łóżko i zaczyna ściągać z siebie wierzchnie odzienie. — Mocno żałośni.
Zabini prycha, podążając wzrokiem za kolejnymi ruchami Notta. Z jego miny mogę wywnioskować, że od wewnątrz zżera go niepohamowana zazdrość.
— Jak twoja randka, Teodorze? — pyta ironicznie, wpychając sobie do ust kolejną porcję tostów.
Nott opada na miejsce obok mnie.
— Wspaniale — odpowiada. — Wy jak widzę bawicie się równie dobrze.
— Zabawne — usta Zabiniego wykrzywiają się w nienawistnym uśmiechu. — Po prostu umieram ze śmiechu, Nott.
— Malfoy zapewnia tak słabą rozrywkę? — pyta, klepiąc mnie lekko po ramieniu.
Strącam natychmiast jego rękę.
— Ode mnie się odwal, Nott. Mam w głębokim poważaniu twoje żałosne randki.
— I ja też — odparowuje przez wypełnione po brzegi usta Blaise. Wygląda zdecydowanie żałośnie. — Nic mnie to nie obchodzi, nie rusza, nie interesuje mnie z kim i gdzie się szlajasz. Ja jestem szczęśliwy sam, tu i teraz.  
Nott prycha, gdy chłopak owija się szczelniej kocem i opiera o zagłówek swojego łóżka, a w ręce wciąż dzierży tost i podgryza go co chwila.
Przez chwilę w dormitorium panuje bezwzględna cisza. Zabini znów nachyla się nad stolikiem i pochłania wszystko, co ma w zasięgu rąk, niezmiennie obdarowując Notta oskarżycielskim spojrzeniem, a ten bawi się nadzwyczaj dobrze i nie pozostaje mu dłużny.
— Słyszeliście o tej historii z Bell? — pyta w pewnym momencie Nott. Potężna gula zalega mi w gardle, chciałbym, aby ten temat najzwyczajniej w świecie zniknął. Wiem, że to tylko złudna nadzieja. — Ciekawe co tam się stało, tak naprawdę?
Wzruszam ramionami.
— To tylko żałosna Gryfonka — oznajmiam szorstko, nie podnosząc wzroku znad eseju, w który wgapiam się od dobrych kilkudziesięciu minut. Wspaniale, Draco, myślę. Jesteś taki zły, obojętny. — Pewnie wpakowała się w jakieś bagno z własnej winy. Inteligencją to oni raczej nie grzeszą.
— Ja tam myślę, że to coś grubszego. Podobno Snape się nią teraz zajmuje, szuka jakichś klątw, uroków czy czegokolwiek.
Podnoszę wzrok znad pergaminu i wbijam go w Notta. Ten kontynuuje:
— A jutro mają ją zabrać do Świętego Munga, aby tam doszła do siebie, chociaż sądząc po tym, co mówią, nie jest z nią najlepiej.
Nie odpowiadam, znów wzruszam obojętnie i wodzę nieobecnym wzrokiem po kolejnych zdaniach swojego eseju, choć tak naprawdę jestem daleko, daleko stąd.
— Idę się przejść — rzucam od niechcenia, gdy ich towarzystwo robi się zbyt przytłaczające i mam zdecydowanie dość słuchania jęczenia Zabiniego i docinek Notta. Chcę przez chwilę być sam.
Nie czekam na reakcję z ich strony, chwytam pierwszy lepszy sweter, który leży w szafie i wychodzę nim którykolwiek z nich będzie zadawał pytania lub dręczył temat, o których tak naprawdę nie mają zielonego pojęcia.
Korytarze Hogwartu świecą już pustkami, musi być całkiem późno, co potwierdza tylko mrok za oknami. Wiatr cały czas dudni w szyby, na przemian z potężnymi kroplami deszczu, i tylko gdzieniegdzie da się dostrzec błyskawice rozświetlające co rusz pochmurne niebo. Natura nie zamierza być dzisiaj łaskawa.
Oddycham z ulgą, bo jestem teraz całkiem sam i nie muszę udawać, że jest dobrze, że nic się nie zmieniło. Nikt nie rozumie, w jakim położeniu się znalazłem i mi samemu jest ciężko w to uwierzyć. Jak można było tak zawieść? Popełnić tak kardynalny błąd i pozwolić, by ot tak, wszystko legło w gruzach? Nie wiem. Nie wiem, dlaczego wszystko, co robię, kończy się katastrofą, ale nie umiem temu zapobiec.
Mama, to wszystko miało być dla niej, miało się udać, miała być bezpieczna, wszystko miało być lepiej, myślę rozpaczliwie, wlokąc się korytarzem w jakimkolwiek kierunku, byle jak najdalej od ludzi. Ale nie jest dobrze, wszystko runęło jak za machnięciem różdżki. I nie wiem, jak mam to naprawić.
— Draco, dasz sobie radę — słyszę w głowie jej głos. Znowu widzę ją przed oczami, zatroskaną, przestraszoną, ale wierzącą, że naprawdę sobie poradzę. I właśnie wtedy nienawidziłem jej tak mocno, bo ona nie zrobiła nic, by mi pomóc, by mnie uwolnić od tego zadania, które już wtedy było ponad moje siły, a każdy kolejny dzień w Hogwarcie uświadamia mi, że nigdy nie byłem w stanie mu sprostać.
Żałosny, mały, nic nie znaczący.
— Przepraszam — szepczę bezgłośnie i opadam na ziemię. Dopiero teraz dociera do mnie, że jestem w opuszczonej łazience, która do tej pory stanowiła mój jedyny azyl i jak widać przyzwyczajone nogi zaprowadziły mnie wprost do tego miejsca. Zsuwam się wzdłuż zimnej ściany na jeszcze zimniejszą posadzkę, a ciało jakby zmęczone samym istnieniem, poddaje się bez walki. — Ja naprawdę nie wiem, co robić.
Ale ona wie. Mama zawsze wie.
— Dasz sobie ze wszystkim radę, Draco — mówi pewnie i wpatruje się we mnie ciepło, tak, jak tylko ona potrafi i tylko wtedy, gdy nikt inny nie patrzy, nikt nie ocenia. — Musisz być tyko cierpliwy.
Ona nie rozumie, nie wie, że jestem słaby, że nie mam siły. A ja tylko ją zawiodę.
I patrzę na nią błagalnie, żeby wzięła to ode mnie, żeby nie kazała mi tego robić. Wyciągam rękę w jej stronę, chcę chociaż na moment poczuć jej dotyk, uwierzyć, że jest tu naprawdę. Ale ona niknie z każdą sekundą, ja wracam do rzeczywistości i widok hogwarckiej, pustej łazienki upewnia mnie, że jej tu nie ma. Nigdy nie było.
I nie będzie.
Sam. Skazany tylko na siebie.
— Jesteś smutny — dociera do mnie przeciągły jęk. Natychmiast podnoszę głowę i rozglądam się dokoła, zastanawiając się, co to było.
Lumos — szepczę, a koniec różdżki rozświetla nieco zaciemnione pomieszczenie. Nic podejrzanego jednak nie widzę.
Dopiero dziwny dźwięk dobiegający z kabin po przeciwnej stronie wydaje mi się całkiem znajomy, jakbym już miał z nim do czynienia. Niby plusk, niby chlupotanie, które roznosi się przez chwilę w głuchej przestrzeni.
— Nie bądź smutny — słyszę w pewnym momencie i wiem, że nie może to być wytwór mojej wyobraźni. Ktoś tu jest i najwyraźniej w świecie świetnie się bawi, obserwując mnie i moje żałosne zachowanie.
— Kto tu jest? — pytam pewnie, podnosząc się z ziemi. Różdżką celuję przed siebie, gotowy do ataku i policzenia się z tym, kto odważył się zakłócić mój spokój.
Wtem z jednej z kabin wydobywa się głośne jęknięcie, rozpaczliwe wycie, wypełniające zdawałoby się całą łazienkę. Potem pojawia się on. Duch dziewczyny unosi się nad kabinami przez kilka sekund, wbijając we mnie poirytowane spojrzenie zza okrągłych okularów. Włosy związane ma w dwa kucyki, a długa szata powiewa lekko w rytm wykonywanych przez nią ruchów. Przecieram zmęczone oczy, zastanawiając się czy całkowicie oszalałem.
— Jesteś taki niegrzeczny — piskliwy głos wydobywa się w jej gardła, a ręce krzyżuje na piersiach wyraźnie urażona. Potem sunie w powietrzu leciutko w moją stronę. — Jak wszyscy inni.
— Kim jesteś? — ponawiam pytanie, które tylko wzmaga jej krzyki.
Prycha głośno i jęczy:
— Znowu sobie ze mnie żartujesz, ty…ty… okropny chłopaku. Wszyscy się ze mnie naśmiewacie, za każdym razem, i ty… teraz ty robisz tak samo, chociaż… — waha się przez chwilę, a jej oczy nagle robią się inne. Wściekłość zastępuje smutek. — Ty jesteś zawsze taki smutny, kiedy tu przychodzisz.
— Zawsze? — Wybałuszam oczy z niedowierzania. Czyli ona tu była, cały czas tu była. I wszystko wie… wszystko.
Przytakuje ochoczo głową i obdarza mnie szerokim uśmiechem.
— Ale tu ci nic nie grozi, chłopcze. Jesteś bezpieczny i już nie musisz się smucić.
— Ja nie… — zaczynam niepewnie, ale duch nie pozwala mi skończyć.
— Nie kłam, ja wszystko widzę i wszystko wiem — przygląda mi się litościwie przez kilka sekund znad swoich okularów, potem przybliża się jeszcze bardziej i wyciąga rękę w moją stronę, jakby próbowała pogładzić mnie po włosach.
Spoglądam niepewnie na jej gest, skoro jest martwa, to zdecydowanie nie uda jej się mnie dotknąć.
— Ymm, nie chcę być niegrzeczny, ale… — wskazuję palcem na jej wyciągniętą rękę — to chyba się nie uda.
Głośny jęk ponownie wypełnia łazienkę, a obrażony duch obdarza mnie nienawistnym spojrzeniem i ucieka w stronę kabin, potem znów słyszę cichy plusk.
Opadam znów na posadzkę, zastanawiając się, czy aby na pewno to wszystko dzieje się naprawdę. Mam nadzieję, że nie, że to wszystko to tylko wymysł mojej wyobraźni, a ja tak zwyczajnie w świecie się obudzę i wszystko będzie jak dawniej.

***

 Następnego dnia jedynym tematem rozmów toczących się przy stołach w Wielkiej Sali jest Katie Bell i jej tajemniczy wypadek. Plotki, które krążą wśród mieszkańców poszczególnych domów są tak irracjonalne, że sam kręcę głową nad głupotą ludzi i zastanawiam się, jak długo jeszcze. Najwidoczniej bardzo długo, bo nawet Ślizgoni zdają się być mocno zainteresowani tym, co miało miejsce, a co gorsza — wszyscy szukają sprawcy i motywów. Różnica polega na tym, że trzy pozostałe domy martwią się stanem zdrowia Bell, Slytherin jest tylko ciekawy.
Katie Bell naprawdę przeżyła kontakt ze śmiercionośną klątwą ciążącą na naszyjniku. Nie wiem, jakim cudem do tego doszło, ale odczułem niemałą ulgę, za którą przeklinałem samego siebie bez przerwy. Nie powinienem, myślę. Nie powinienem się tym przejmować. Gryfonkę, zgodnie z tym, co powiedział Nott, przeniesiono do Munga dzisiejszego poranka, kiedy Snape skończył już odwracanie podstawowych czarno magicznych skutków klątwy, a mimo to, wciąż nie odzyskała przytomności.
— Temat numer jeden na najbliższy miesiąc, cnie? — mruczy pod nosem Zabini, zajadając się jajecznicą i obserwując podekscytowanych z każdej strony uczniów.
Wzruszam ramionami obojętnie.
— Zamierzasz zostać w tej piżamie całe życie? — pytam, spoglądając sceptycznie na jego strój, który nie zmienił się od przedwczoraj ani trochę.
Ten skina tylko głową.
— Jak chcesz — kwituję, ale mam wrażenie, że dzieje się z nim coś niedobrego. Chociaż nie jestem pewien, czy powinienem ufać swoim odczuciom, skoro są tak złudne i często dalekie od prawdy. Cały dzisiejszy poranek miałem ochotę zostać w dormitorium i unikać ludzi — ich oskarżycielskich spojrzeń, wścibskich pytań, podejrzeń i dywagacji, które mogłyby przynieść mi zgubę.
Ale, o dziwo, nikt nie zwraca na mnie uwagi, nikt nie wzywa, nie pyta. Jakby cała ta sprawa w ogóle mnie nie dotyczyła. I mam szczerą nadzieję, że tak właśnie pozostanie. Rzucam okiem w stronę stołu nauczycielskiego, który świeci dzisiaj pustkami. Przygłup Hagrid męczy się w rogu z widelcem i nożem, a po drugiej stronie Snape łypie na mnie nieodgadnionym wzrokiem. Jego twarz jest niewzruszona i zdecydowanie nie zwiastuje to niczego dobrego.
Natychmiast odwracam się i pospieszam Zabiniego:
— Rusz się, musimy już iść.
Podnoszę się z miejsca, czując na sobie nieustanny wzrok Snape’a. Nie potrzebuję jeszcze konfrontacji z nim, a wiem, że po tym, co miało miejsce, jest ona nieunikniona.
— No co ty, stary, dopiero zacząłem…
— Skończysz później — przerywam mu i czym prędzej ruszam do wyjścia. Nim przekraczam próg Wielkiej Sali, rzucam jeszcze ukradkowe spojrzenie za siebie i mam nieodparte wrażenie, że jedna głowa śledzi każdy mój ruch. Potter, myślę. Nie widział, nie mógł widzieć…
Potem wiem, kto zna odpowiedzi na moje pytania.

Znalezienie Octavii Shacklebolt graniczy z cudem. Dziewczyna jakby zwyczajnie zapadła się pod ziemię akurat teraz, gdy jest mi naprawdę potrzebna, a raczej niezbędna do uzyskania jedynych informacji, które mają kolosalne znaczenie. Cały dzień szukam jej wzrokiem po zatłoczonych korytarzach, śledzę grupki Gryfonów, łudząc się, że może któraś z nich doprowadzi mnie prosto do ich ulubionych miejsc przebywania i akurat tam znajdę Shacklebolt.
Tak się jednak nie dzieje. Coraz bardziej poirytowany wlokę się za Nottem pod salę obrony przed czarną magią i powtarzam sobie, że tym razem teraz nie ma innego wyjścia — Shacklebolt musi zjawić się na zajęciach.
— Zabini dalej zgrywa chorego? — pytam, bo to właśnie Nott jest ostatnią osobą, która rozmawiała ze Ślizgonem przed opuszczeniem Pokoju Wspólnego. Ten tylko potwierdza moje przypuszczenia bezradnym skinięciem.
Dostrzegam ją na samym końcu kolejki. Stoi sama, wgapiona zaciekle w czubki swoich butów czeka na rozpoczęcie zajęć. Nie zwraca uwagi na nic i na nikogo, dlatego też nasze pojawienie się nie wzbudza w niej żadnego zainteresowania, mam wątpliwości, czy ktokolwiek w ogóle zwraca na nas uwagę, bo nagle drzwi się otwierają i staje w nich Snape, nadzwyczaj poirytowany.
— Do środka! — krzyczy władczo i wszyscy, co do jednego, wykonują polecenie bez krztyny sprzeciwu. — Pospieszcie się.
Gdy staję w progu sali, mężczyzna zatrzymuje mnie ręką. Przystaję, potem spoglądam mu prosto w oczy, udając, że nie wiem, o co chodzi.
— Zostaniesz po zajęciach, Draco — mówi cicho w moją stronę, tak, by nikt prócz mnie nie usłyszał. — Musimy porozmawiać.
— Nie wydaje mi się — odpowiadam natychmiast i uśmiecham się kpiąco. Jeszcze czego.
Snape pozostaje niewzruszony.
— Zostaniesz po lekcjach, czy ci się to podoba, czy nie. — Nie czeka na moją odpowiedź. Popycha mnie lekko do środka i nim się obejrzę, mknie przez salę, a tylko głuche łopotanie jego szaty pobrzmiewa teraz w pomieszczeniu.
Zajmuję swoje standardowe miejsce, tym razem siedzę sam, bo Zabini zdecydowanie odmawia wychodzenia z naszego dormitorium w innym celu niż posiłek. Obiecuję sobie, że dowiem się o co dokładnie chodzi, ale w dogodnym momencie, kiedy to wszystko będzie mniej… skomplikowane.
Donośny głos Snape’a wybija mnie z zamyślenia, jakby nigdy nic zaczyna kolejne zajęcia, a ja tylko gapię się beznadziejnie to na niego, to na tył sylwetki Shacklebolt, która zajmuje miejsce w pierwszej ławce. Odwróć się, myślę intensywnie, wbijając wzrok w jej plecy obleczone dzisiaj bordowym sweterkiem. Gdybym tylko umiał wchodzić w umysły innych, tak, jak robi to on, ona już by widziała.
Ale nie jestem nim. Mam nadzieję, że nigdy nie będę.
Po zakończeniu obrony przed czarną magią, Shacklebolt ulatnia się tak szybko, jak to tylko możliwe, mija mnie bez słowa, a ja nawet jej nie zaczepiam. Nie mogę tego zrobić na oczach wścibskich Gryfonów, Pottera, który zerka na mnie niepokojąco często czy samych Ślizgonów, którzy uznaliby to za jawną zdradę naszego domu.
— Draco, podejdź tu — dociera do mnie spokojny głos Snape’a i wtedy uświadamiam sobie, że wszyscy już wyszli. Jesteśmy tylko my i czeka mnie jego żałosne kazanie. — Nie będę pytał, czy to ty, Draco, bo i tak wiem, że nie udzielisz odpowiedzi na to pytanie.
Snape stoi na samym środku sali, wyniosły i pewny swojego stanowiska.
— Więc po co traci pan czas, profesorze — sarkam, wypowiadając ostatnie słowo z nieskrywaną ironią.
— Bo to, co się stało, jest o wiele poważniejsze niż możesz sobie zdawać. Nawet nie wiesz, jakie mogły być skutki tego, co zrobiłeś.
Prycham.
— Doskonale wiem.
— W takim razie to powinno ci uświadomić, jak głupio postąpiłeś i jak ryzykowałeś całym planem, Draco. Czy ty naprawdę nie zdajesz sobie sprawy, na co nas wszystkich naraziłeś? A gdyby ktoś odkrył, że to ty, a gdyby ktoś cię zobaczył w tamtym miejscu, wszystko ległoby w gruzach.
Przewracam leniwie oczami, on nie może wiedzieć, że wszystkie wysuwane zarzuty trapią mnie od tego zdarzenia nieustannie.
— Masz szczęście, że to mnie powierzono zbadanie tej klątwy, Draco. I że zdołałem usunąć jakiekolwiek ślady magii, które mogłyby wskazywać na ciebie…
— Nie prosiłem o to — sarkam.
— Nie musiałeś — przerywa mi szorstko. — Jestem tu, żeby ci pomóc.
Prostuję się natychmiast, znudzony jego nędznymi próbami wyciągnięcia ode mnie informacji. Muszę stąd wyjść, natychmiast.
— Nie potrzebuję pana pomocy. — Odwracam się prędko i kieruję w stronę wyjścia. Snape mi nie pozwala. Natychmiast znajduje się tuż obok mnie i chwyta mocno moje ramię. Syczę cicho z narastającego bólu.
— Patrzebujesz, Draco. Bardziej niż myślisz.
— Mój ojciec… — szepczę nienawistnie, próbując wyswobodzić się z jego ręki.
Mężczyzna kręci głową.
— Nie jest w stanie ci teraz pomóc.
Kiedy uwalniam swoją rękę, odsuwam się od niego jak najdalej i naciskam klamkę. Spoglądam prosto w jego czarne, nieprzeniknione oczy i mówię cicho:
— Nikt nie jest.
Czym prędzej zamykam za sobą drzwi i ruszam korytarzem, by nie zdołał mnie dogonić. On chyba nawet nie próbuje. A gdyby tak jednak mu zaufać?, myślę sobie, ale natychmiast odrzucam taką możliwość. Nikomu nie mogę ufać. Nikomu.

Octavia Shacklebolt jest mocno zdziwiona, gdy chwytam ją za rękaw swetra i ciągnę do najbliższej pustej sali bez żadnego ostrzeżenia. Wpycham dziewczynę do środka, zamykam drzwi i szybkim zaklęciem uniemożliwiam wejście komukolwiek z zewnątrz.
— Malfoy — prycha cicho, obdarzając mnie pełnym politowania spojrzeniem. — Serio?
— Nie mam czasu na twoje gierki, Shacklebolt — oświadczam pewnie. — Mów co wiesz, wszystko, co pałęta się w twojej przeklętej główce.
— Jak miło — kwituje, a usta wykrzywia w leciutkim ironicznym uśmiechu. Opiera się wygodnie o jedną z ławek, ja robię to samo, naprzeciwko niej. I czekam. — Czego wtedy nie zrozumiałeś? — pyta, rozkładając bezradnie ręce, jakby wszystko było oczywiste.
— Yyy, wszystkiego? — odpowiadam natychmiast. — Co tam w ogóle robiłaś?
— Naprawdę musisz pytać?
Przewracam oczami mocno zniecierpliwiony. Czy rozmowy z dziewczynami naprawdę są takie trudne?
— Kurwa, Shacklebolt, to było proste pytanie!
— Nie klnij, Malfoy — prycha. — I zacznij myśleć.
— Śledziłaś mnie.
— Brawo. — Klaszcze w dłonie i znowu się uśmiecha, jakby miała do czynienia z niedorozwiniętym umysłowo.
Wpatrując się coraz dłużej w dziewczynę, zaczynam zastanawiać się, czego ona tak naprawdę ode mnie chce i dlaczego coraz częściej znajduje się tam gdzie ja — tym samym tam, gdzie zdecydowanie nie powinna. Kim jest Octavia Shacklebolt?
— Po co? — pytam. Ona wzdycha znudzona.
— Zadajesz durne pytania, Malfoy — oświadcza. Potem siada na ławce i zakłada nogę na nogę. — I widzę, że spędzimy tu trochę czasu. Więc może po prostu ja powiem ci to, co chcę powiedzieć, a ty posłuchasz?
Gdy chcę zaoponować i uświadomić jej, że to ona jest tutaj przesłuchiwana, kręci tylko głową i ucisza mnie prędko.
— Otóż, nie miałam innego wyjścia, bo znając twoje możliwości, Malfoy, znowu coś mogłeś spieprzyć. I dokładnie tak się stało, nieprawdaż? — Nie czeka na moją odpowiedź. Odgarnia zwinnym ruchem długie, brązowe włosy, które opadają jej niesfornie na czoło. Potem znów się odzywa: — Ktoś musiał ratować twój ślizgoński tyłek, kiedy tak zwyczajnie wystawiałeś się na niebezpieczeństwo. Wierz mi, było cię doskonale widać z tej twojej kryjówki, ale nie musisz dziękować, wiem, że takie słowa ciężko przechodzą ci przez gardło.
— Pohamuj się, Shacklebolt — ostrzegam ją. Tylko wzrusza ramionami. — I dlaczego miałbym ci uwierzyć?
— Szczerze? Nie masz za bardzo innego wyjścia. Ale wierz mi, Malfoy. Gdybym chciała komuś powiedzieć, już byłoby po wszystkim.
Milknie na chwilę, przyglądając mi się dokładnie. Analizuję wszystkie informacje, ale wciąż w głowie kołata mi jedno pytanie:
— Dlaczego?
Dziewczyna waha się przez chwilę, potem zeskakuje zwinnie z ławki i poprawia szkolny mundurek, który nieco się wymiął.
— Myślę, że to zbyt skomplikowane — mówi w końcu. — Ciesz się tylko, że masz kogoś po swojej stronie i nie próbuj tego niszczyć.
Nie wiem dlaczego zaczynam jej wierzyć, nie umiem wytłumaczyć tego niezrozumiałego poczucia, że właśnie Octavia Shacklebolt mówi prawdę. Lecz zaraz pojawia się ta myśl, jedna, która niszczy wszystko i uświadamia mi, ze to byłoby zbyt proste.
— Potter — syczę, obdarzając ją podejrzliwym wzrokiem. — To on cię przysłał, podejrzewa..
— Rany, Malfoy, ty naprawdę masz jakąś paranoję — przerywa mi. — Fakt, Potter opowiada dokoła, że to ty, ale wierz mi, nikt do końca mu nie wierzy i też uznają go za wariata w tej kwestii. W sumie, jesteście do siebie całkiem podobni…
— Milcz. — Podchodzę do niej i ledwo powstrzymuję się przed zmuszeniem jej siłą do mówienia. Wyobrażam sobie, jak moje ręce zaciskają się wokół jej gardła, jak przygniatam ją do twardej ławki i obserwuję powoli uchodzące z niej siły. Nie, to nie ja… nie teraz… — Co jeszcze wygaduje Potter? — pytam szorstko.
Wyraz twarzy Shacklebolt nieco się zmienia. Nie jest już tak pewna siebie, wyniosła, teraz przeszywa ją coś na kształt lęku, niedowierzania. Wbijam w nią ostre spojrzenie i sięgam do kieszeni po różdżkę.
— Nic konkretnego — mówi cichutko. — Po prostu uważa, że to ty skrzywdziłeś Katie i szuka motywu, jakiegoś punktu zaczepienia — tłumaczy.
Skinam głową, zaciskając rękę na różdżce, którą unoszę powoli ku górze. Shacklebolt wodzi za nią wzrokiem, wyraźnie niepewna tego, co teraz nastąpi. Ja też nie wiem, co zrobię i czy w ogóle posunę się do działania. Ale jedno zaklęcie mogłoby zmienić wszystko, miałbym własnego szpiega w szeregach Gryffindoru, tuż pod nosem Pottera, i tak wiele korzyści mogłoby to przynieść.
— Nie rób czegoś, czego będziesz żałował, Malfoy.
Uśmiecham się szeroko, potem znów spoglądam na nią obojętnie.
— Wierz mi, nie będę żałował.
I gdy chcę wypowiedzieć zaklęcie, mieć ją zupełnie na własność, zielone oczy Octavii Shacklebolt pochłaniają mnie bez reszty. Proszące, błagające o litość. Niepewne najbliższej przyszłości. Dzielą nas tylko centymetry, czuję jej świeży zapach, ciepły oddech na swojej skórze.
— Nic nie… — szepczę, jakby w amoku. Wiem, co mam zrobić.
Ale nie robię. Nie wypowiadam tego jednego słowa, wgapiam się w nią bez ruchu i dopiero potworny ból wytrąca mnie z równowagi.
Uderzony w krocze, kulę się w miejscu, a Shacklebolt wykorzystuje okazję, odpycha mnie w tył i rusza wściekła w stronę drzwi.
— Idiotka — krzyczę. Próbuję zignorować palące uczucie i rzucam się w jej stronę, by nie zdołała uciec. — Ty…ty…
Odwraca się w moją stronę.
— Expelliarmus. — Czuję lekkie szarpnięcie i różdżka wyślizguje mi się z dłoni. Gryfonka łapie ją bez trudu i spogląda na mnie z góry wyniośle.
— Chciałeś chyba powiedzieć: przepraszam. Prawda? — rzuca szorstko w moją stronę. — Przepraszam za to, że chciałem cię potraktować imperiusem, przepraszam za to, że chciałem przejąć władzę nad twoim umysłem, przepraszam… lista jest długa, Malfoy.
Zagryzam nerwowo wargę, prostując się w miejscu i nie mogę uwierzyć, że do tego doszło.
— Shacklebolt, oddaj mi, kurwa, moją różdżkę.
— Żebyś się nie zdziwił — parska, obdarzając mnie nienawistnym spojrzeniem. — Żebyś znowu próbował to zrobić? Naprawdę myślisz, że jestem taka głupia? — pyta.
— Ja nie… — zaczynam, ale natychmiast mi przerywa.
Podchodzi do mnie bliżej, celując swoją różdżką prosto w moje serce. Wbija ją w jeden punkt i z każdą sekundą napiera nią mocniej, jestem pewny, że pozostawi po sobie spory ślad.
— Posłuchaj mnie teraz, Malfoy, bardzo uważnie. Ciesz się, że jest w tej szkole ktoś, kto nie zwraca uwagi na twój żałosny i egoistyczny styl bycia i mimo wszystko chce ci pomóc. Więc jeśli jeszcze raz wycelujesz swoją różdżkę w moją stronę, skończysz o wiele gorzej niż teraz, i stracisz jedynego sojusznika, który aktualnie ma dostęp do twoich największych wrogów i naprawdę może sporo zdziałać.
Patrzy na mnie litościwie, potem rzuca moją różdżkę na ziemię.
— Twój wybór.
W następnej chwili, Shacklebolt podbiega do drzwi, zdejmuje z nich blokadę i znika za nimi, nie czekając na jakąkolwiek reakcję z mojej strony.
— Kurwa — jęczę, wgapiając się w uchylone drzwi.
Potem schylam się po różdżkę i wlokę się powoli w stronę lochów. Czuję się jak ostatni kretyn i nie mam wątpliwości, że to miano jest zdecydowanie adekwatne do mojej żałosnej osoby.





Następny rozdział prawdopodobnie za dwa tygodnie w piątek (7 lipca) ;)